kondrasiuk

Świat miejscem nieprawdy – czyli trzy dni na 11. edycji festiwalu Dialog

Do Wrocławia wrócił legendarny Dialog, od startu w 2001 roku prawdopodobnie najlepszy polski festiwal teatralny, pokazujący najważniejsze spektakle krążące w światowym obiegu w autorskim wyborze dyrektorki, Krystyny Meissner. Dialog wrócił z niebytu: dziesiąta edycja, która odbyła się cztery lata temu, miała być ostatnią. W 2022 roku odeszła Krystyna Meissner, a trwające od wielu lat przekazywanie sukcesji i turbulencje związane z finansowaniem tej wielkiej imprezy to długa historia i dobrze jej tu nie opowiem. Ostatecznie Miasto Wrocław zadeklarowało wolę utrzymania Dialogu. Zgodnie z wolą twórczyni festiwalu i legendarnej dyrektorki, program na rok 2025 przygotowali Mirosław Kocur, bezkompromisowy badacz teatru, krytyk, performatywny profesor, oraz Olga Nowakowska, wieloletnia współpracowniczka Meissner. Podjęli wyzwanie, co oznacza też dźwiganie odpowiedzialności za wypracowaną przez Meissner, kuratorkę w prawdziwym tego słowa znaczeniu, markę najwyższej jakości artystycznej i ważkości intelektualnej. Ten ton wysokiego C, którego staram się nie używać, jak rzadko kiedy wydaje się tu uprawniony. Ton się zużył, bo nastąpiła dewaluacja różnych, związanych ze sztuką zawodów – w tym zawodu kuratora festiwalu. Jego rola polega przecież nie na uczestniczeniu w promocyjnych ustawkach, wymianie wzajemnych usług pomiędzy dyrektorami teatrów i festiwali, trzymaniu na krótkich smyczach umów-zleceń przybocznych krytyków, forsujących wybrane nazwiska i teatry. To stan aktualny. Jak w takim razie powinno to wyglądać, i wyglądało na Dialogu? Odpowiedzi dostarczają programy wcześniejszych edycji festiwalu. Jak będzie wyglądało teraz? Nie wiem.

Nie da się ukryć, że festiwal wraca w innej rzeczywistości teatralnej, do innego świata. W ciągu kilku ostatnich lat, kiedy znów uważniej zacząłem przyglądać się polskiemu teatrowi, zapętlił się on w pewnym paradoksie czasu aktualnego. Oto teatrowi, który mieni się być aktualnym właśnie, współczesnym, odjechał już nie tylko pociąg z peronem (według obiegowego stwierdzenia), ale w zasadzie odjechało mu wszystko. I tematy, i umiejętność opowiadania o nich w ciekawy albo odkrywczy sposób, i medialna widoczność, wraz z zainteresowaniem tychże mediów. A przede wszystkim – odjechała mu publiczność i jej żywe zainteresowanie.

Tymczasem teatr tzw. krytyczny, czyli medium dla umysłu krytycznego, który niczemu nie ufa, stale zadaje pytania o świat i swoje miejsce w nim, który chce przenikliwie mówić o tym, co teraz i dzisiaj, a nawet przewidywać to, co zdarzy się jutro – nawet tego nie zauważył. Chce pytać o jutro – ale utkwił we wczoraj całym sobą, ludźmi, instytucjami, tematami, tekstami. Nie zauważył, że życie jest gdzie indziej. Może nawet nie ma w tym nic złego, wystarczy zrezygnować z tej uzurpacji, odziedziczonej tak naprawdę jeszcze po czasach minionych, kiedy intelektualiści i artyści nadawali ton debacie. Dziś są najwyżej tylko celebrytami robiącymi szum wokół własnej osoby, a w najlepszym przypadku – odklejeńcami, prorokami których nikt nie słucha. Nie jest to wcale najgorsza pozycja, można się przyczaić, i na spokojnie, bez presji, pomyśleć. A nawet coś stworzyć, na przykład następny teatr przyszłości, który nie powtarza po poprzednikach.

Zamiast tego teatr zajmuje się Bardzo Ważnymi Sprawami, Zmianą i jeszcze kilkoma innymi pojęciami z bardzo dużej litery. Nawet wydaje mu się że te, Bardzo Ważne Sprawy i Bardzo Wielkie Problemy, rozwiązuje. Ale jeśli rzeczywiście polski teatr zajmuje się czymś naprawdę – to raczej głównie sobą. Tak bardzo napakowany ideami i słusznymi poglądami, w istocie jest doskonale bezideowy. Oklejony hasłami, niczym zdjęcie profilowe aktywisty który popiera wszystko i klika we wszystko, żyje chwilą, kilkudniowymi aferami na facebooku, w których uczestniczą tylko współtowarzysze niedoli, czyli własnej bańki. Dobrze to oddaje hasło ubiegłorocznej edycji innego wielkiego festiwalu, krakowskiej Boskiej Komedii (który po kryzysie Dialogu przejął palmę pierwszeństwa): „You Are So Fucking Special”. Jesteś zajebisty – mówiła nam i sobie, mówiła środowisku teatralnemu i widzom, Boska Komedia. Bardzo to trafne, nawiązuje także do innego znanego, ukutego w czasach rządów PiS, i przeciw nim, hasła: „Teatr jest nasz”. Zamknijmy się w naszym teatrze, w bańce naszej zajebistości i celebrujmy ją, a wszystkim, którym to nie wystarczy, którzy nie podzielają naszych słusznych poglądów na wszystko – wara!

Wznowiony Dialog odbył się pod hasłem S(t)ymulacje, i trzeba przyznać Mirosławowi Kocurowi, że trafił. Trafił – i tym samym śmiało wypisał się z naszkicowanej powyżej parady ślepców i cyników. Pytanie o podrobiony, podkręcany świat: nie ma dziś istotniejszego problemu. Kocur, kierując uwagę na sztuczne raje, po swojemu odpowiedział na wyzwanie (a może tylko roszczenie?) radykalizmu. Nawoływanie lewicy teatralnej do zmiany społecznej poprzez teatr, do jakiegoś wariantu rewolucji to przy nim mały Miki. Kocur – piszę te słowa po wysłuchaniu wykładu profesora fizyki Melvina M. Vopsona, otwierającego festiwal – zaproponował całkowitą zmianę planszy na której gramy, a raczej, całkowite jej unieważnienie. Tak przynajmniej odbieram tezy wygłoszone przez Vopsona, który oznajmił, ni mniej ni więcej, że żyjemy w symulacji (lekko tylko zmiękczając, bo żyjemy w niej „prawdopodobnie” i „coś tu się nie zgadza”).

Jerzy Grotowski, ważny dla Wrocławia, mówił, że świat jest miejscem prawdy – Kocur z Vopsonem odpowiadają hipotezą, że świat jest miejscem całkowitej nieprawdy. Że to, co widzimy, odbieramy zmysłami, odczuwamy ciałem/umysłem – może być symulacją. Jak w pamiętnym wierszu Czesława Miłosza, świat porwały ręce złodziei. W festiwalowym katalogu w słowie otwierającym czytamy, że skoro żyjemy w symulacji, to ludzka wolna wola jest iluzją. Z wykładu dowiedzieliśmy się też, że fizycy kwantowi oraz artyści umieją za zasłonę symulacji zajrzeć. Że natura, na przykład przez istnienie fraktali w makro i mikrostrukturach, daje nam subtelne sygnały. Nie dowiedzieliśmy się – przez kogo ta symulacja jest generowana, kto tymi złodziejami jest. Na szczęście, bo moglibyśmy nie uwierzyć.

Rozumiem wszelkie zabiegi prowokacji intelektualnych, mających wytracić nasze, leniwe, stymulowane na wszelkie sposoby, umysły. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że ryzykowne to poczynania w świecie, gdzie za chwilę podstawową i jedyną operacją do wykonania będzie sprawdzenie, czy ktoś nas nabiera czy nie. Fakenewsy i wszelkie coraz lepsze podróbki realności każą nam być podejrzliwymi, ale nie wiemy, gdzie kończy się podejrzliwość, a zaczyna schizofrenia. I to nie indywidualna (jak to bywa z chorobami psychicznymi), ale społeczna, intersubiektywna. Nieco mnie to śmieszy, bo co mam zrobić z faktem, że profesor fizyki z licznymi publikacjami w renomowanych czasopismach mówi publicznie, że świat być może nie istnieje, że jest pozorem zarządzanym przez jakiś zewnętrzny system, że „połącz kropki”? Obejrzeć jeszcze raz, tym razem z głębszym zrozumieniem, „Matrixa”? Silę się na żarty, ale niezależnie od poziomu szaleństwa profesora Vopsona – który musiał się skracać i wszystkiego nie powiedział, ale wyłożył wszystko co miał na temat hipotezy symulacji w książce „Reality Reloaded: The Scientific Case for a Simulated Universe” – niezależnie od czegokolwiek, symulacje to dziś są naprawdę istotna kwestia.

Czy w obliczu gigantycznej globalnej produkcji twierdzeń prawdziwych, aspirujących do prawdy, halucynacji oraz fałszerstw, jaką dostarczają modele AI, obowiązuje nas jeszcze rozróżnienie prawda-fałsz? Jak do tego mają się wartości? Czy etyka w podrobionym świecie też obowiązuje? Gdzie są granice korzystania z maszyn i z modeli AI? Jak funkcjonować w rzeczywistości coraz częściej sterowanej przez algorytmy, których zasady funkcjonowania są niejawne? Gdzie stale rosnący procent społeczeństwa formowany jest przez kierowane algorytmami strumienie rolek, memów i feedów? I co ma w tej sytuacji czynić twórca teatralny, zawodowo zajmujący się produkowaniem symulacji? Zająć się desymulacją, walką o prawdę? Korzystać z AI czy z nią walczyć z maszynami? Czy porzucić wszelką nadzieję? Przelewać obrazy z pustego w próżne? I tak dalej…

Na Dialogu byłem przez pierwsze trzy dni i spektakli teatralnych odnoszących się do tego całego morza wątpliwości nie zauważyłem (może w kolejnych dniach program festiwalowy dojechał do tych tematów, a i nie na wszystko udało się wejść, z braku biletów…). Zamiast tego główny akcent został położony na estetykę wytwarzaną we współpracy człowieka i maszyn. Sprawiła to obecność w programie tajwańskiego tancerza i choreografa Huang Yi, prezentującego pokaz pracy złożony z krótkich fragmentów jego spektakli, m. in. delikatnej i subtelnej formy „Huang Yi & Kuka”, niestety przeplatany rozwlekłymi wyjaśnieniami i próbą rozmowy z publicznością. Taniec ludzi i robotów przemysłowych jako zagadnienie estetyczne i technologiczne niewiele pomógł w wyklarowaniu pola do dyskusji. Tajwański artysta był również zaproszony do debaty z udziałem ciekawie dobranych gości, Katarzyny Sznajd-Weron, Macieja Szostaka, Anny Gryszkiewicz, akademików z różnych pól badawczych, od fizyki, poprzez filozofię i prawo aż po teatrologię. Padały tam, rzecz jasna, trafne pytania i diagnozy. Pytano na przykład, czy AI ma świadomość i decyzyjność, zwracając uwagę na fakt, że jej coraz większy wpływ testuje granice naszego człowieczeństwa.

Odpowiedź na pytanie o świadomość nie jest jednoznaczna, mówili paneliści, widzimy że tutaj poglądy twórców AI – przekładające się na próby reakcji na ten skok technologiczny – rozjeżdżają się w przeciwnych kierunkach. Jedni twierdzą, że AI nigdy nie osiągnie świadomości, inni zwracają uwagę na to, że nie wiemy czym świadomość jest. Była mowa również o granicach i regulacjach, jeśli chodzi o dopuszczanie AI i algorytmów do zarządzania ludźmi, czytania czy indeksowania ich reakcji, a przede wszystkim – do manipulacji. Jeśli chodzi zaś chodzi o artystów, błąkających się tu i ówdzie pomiędzy big-techem i zaawansowanymi modelami AI, to zanotowałem takie oto zdanie: „współpraca inżynierów i artystów polega czasem na tym, że prosi się, by wykrywali i badali błędy i niespójności w systemie, by byli takimi wirusami. Po pewnym czasie wirusy mogą być zwalczone i zostaną po prostu wchłonięte przez system.” Była też mowa o tajwańskiej scenie teatralnej i o problemie samobójstw wśród ludzi żyjących z związkach z robotami, niezdolnych do nawiązania relacji z innym człowiekiem. Ale to tematy na inną rozmowę i inny tekst.

Tyle o dyskursie, bo zawsze ważniejsze powinny być jednak spektakle. Otwierająca festiwal najnowsza premiera Nowego Teatru i Krzysztofa Warlikowskiego, „Elizabeth Costello. Siedem wykładów i pięć bajek z morałem” była zapewne wyborem oczywistym, pomostem do dawnych edycji Dialogu i chęcią pokazania tego artysty polskiego teatru, który jako jeden z niewielu nawiązuje kontakt ze światowym nurtem festiwalowym. Tyle że Warlikowski z ekipą, trudno go o to winić, nie jest zainteresowany wymyślaniem kolejnego teatru w odpowiedzi na wyzwania przyszłości, tylko wspaniale, konsekwentnie, hipnotycznie, ale i przewidywalnie pozostaje w obrębie własnych, od lat tych samych, opowieści i tej samej estetyki. O spektaklu Nowego Teatru pisałem przy innej okazji w „Raptularzu e-teatru”, w tekście „Coetzee, Costello – fikcja i nadzieja”. Streszczając: Warlikowski tym spektaklem polemizuje z własnym wewnętrznym „nihilistą”, przeciwstawiając mu, dość niewiarygodnie (a przynajmniej ja mu nie wierzę, bo znam treść jego poprzednich spektakli), „utopistę”. Fikcja jest tu jednym ze słów-kluczy, ale technologia nie jest istotnym zagadnieniem. Tak więc, może nieco na ukos, „Costello” do „S(t)ymulacji” pasuje. (Choć na przykład pasowałaby nieco lepiej twórczość Łukasza Twarkowskiego, robiącego w ostatnich sezonach na świecie tzw. nazwisko …).

Tak naprawdę najmocniejsze rozpoznanie grozy, ale i piękna „S(t)ymulacji” w moim przypadku związane jest tylko z jednym spektaklem, a nawet i tylko z jedną jego częścią, trwającą, wedle katalogu, dwadzieścia sześć minut. Tylko tyle i aż tyle, z krótkiej próbki badawczej, z jaką przyszło mi tym razem obcować we Wrocławiu. Ujrzana w kontekście hasła festiwalu, skleiła się z nim i go dookreśliła, już tym razem bez słów, w akcie unaocznienia. Mowa o pierwszej sekwencji spektaklu „16&17”, w wykonaniu chińskiego TAO Dance Theater. „16” (od liczby występujących tu tancerzy), w choreografii Tao Ye, startuje znienacka i równie niespodziewanie się kończy. Po prostu uruchamia się pewna struktura, na scenie Opery Wrocławskiej zaczyna przemieszczać się linia tancerzy. Są w takich samych, szarych kostiumach, w europejskim spojrzeniu bliźniaczo niemal podobni, zuniformizowani, drobni, z niemal unieważnionymi cechami płciowymi. Choreografia Tao Ye przeraża precyzją, to synchron niemożliwy, oko nie wychwytuje mikroskopijnych nawet różnic, zawahań, rozbieżności. Tak jakby tańczył jeden organizm, w płynnym, wężowym splocie. W dodatku jest to przecież taniec współczesny, ten format widowiska na zawsze, wydawałoby się, sklejony z chęcią oddania ekspresji niepowtarzalnej ludzkiej jednostki, niepodobnej do innych. Tu jest dokładnie odwrotnie. Kreśląca w powietrzu okrągłe i spiralne tory struktura nie zatrzymuje się ani na chwilę, nie przyspiesza i nie zwalnia, nie różnicuje się, tylko repetytywnie powiela się, cierpliwie trwa…

PS Wspaniale byłoby, gdyby na stronie festiwalu – bo gdzie indziej? – można było przeczytać o jego historii. Na początek wystarczyłyby nawet cyfrowe wersje katalogów festiwalowych pierwszych dziesięciu edycji. Wydaje mi się to niezbędne zwłaszcza w czasach amnezji, w momencie, gdy w przyspieszonym tempie tracimy pamięć.