1.
Na ogólnopolskim kongresie, podczas jednej z publicznych dyskusji, w stronę licznie zgromadzonej widowni padły pytania: „Kto z Państwa doświadczył lub był świadkiem poniżającego traktowania w pracy?” oraz „Kto się bał?”. Rozejrzałem się – rękę podniosła większość z nas.
2.
Od co najmniej dekady o przemocy w teatrze „się mówi”. Kiedyś – tylko w rozmowach prywatnych, poprzez plotki, kawiarniane czy bankietowe roztrząsania. Dziś – publicznie, w mediach, najczęściej tych społecznościowych. Co jakiś czas dochodzi do chwilowej eksplozji, ktoś kogoś o dawną albo świeżą przemoc oskarża, oskarżony się broni, a świadkowie – jak to się sarkastycznie teraz mówi – idą po popkorn, czyli przyglądają się rozwojowi sprawy. Potem sprawa ucicha, poranieni zwlekają się z pobojowiska, aby zejść z widoku i wylizać rany. I tak do następnego razu.

Bo przemoc nas otacza, bywa powszechną, często stosowaną praktyką: w życiu rodzinnym, zawodowym, w przestrzeniach publicznych, w komunikacji międzyludzkiej. Pomimo istnienia zapisów prawa nie możemy jej wyrugować, wręcz przeciwnie – wydaje się, że ciągle zdobywa nowe przyczółki. Jest tematem stałym, choć rozmowy o niej są niekonkluzywne. Właśnie dlatego, że są to akty czysto werbalne – debaty, panele, pyskówki, kłótnie, oskarżenia – nie prowadzą do rozwiązań. Czasem co prawda wymuszają publiczne przeprosiny i jest to jedyna sytuacja zmierzająca do jakiegoś szczęśliwego finału. Najczęściej jednak na słowach się kończy a atmosfera się zagęszcza. Sprzyjają temu niepozamykane wątki, poczucie krzywdy (bywa, że po obu stronach). Skrzywdzeni nie mogą doczekać się zadośćuczynienia, w ogóle brakuje sposobów wyjścia z przemocowej pętli, co dałoby szansę na powrót do normalnych relacji. Czasem publicznie oskarżony dyrektor czy reżyser (płci dowolnej) traci stanowisko (jak Jacek Schoen w krakowskiej Bagateli), czasem nie. Czasem wraca na podobne stanowisko, po okresie swego rodzaju kwarantanny (jak Włodzimierz Staniewski). Bywa, że taki artysta (np. Jacek Poniedziałek, Maja Kleczewska czy Grzegorz Wiśniewski), z powodów niewidocznych nieuzbrojonym okiem, pozostaje środowiskowym pupilem, cenią i zapraszają go kuratorzy festiwali i dyrektorzy teatrów, opisują krytycy. Tylko niektórzy utknęli w czyśćcu czekając, aż środowisko „zapomni”. Ale środowisko nie zapomina, zwłaszcza, że propozycji reżyserskich jest tak mało, a chętnych – aż nazbyt wiele.
3.
Książka Igi Dzieciuchowicz, szumnie zapowiadana już w 2021 roku, została wydana z czteroletnim opóźnieniem. […]
Całość tekstu – na stronach „Raptularza”