kondrasiuk

„Rękopis znaleziony w Saragossie” dla opornych

W warszawskim Teatrze Polskim po „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego sięgnął Grzegorz Jarzyna. Wystawienie tej skomplikowanej, wielowątkowej prozy z setkami bez mała postaci, o misternej konstrukcji szkatułkowej, wydaje się misją niemożliwą. W dodatku konkuruje się na siłę wizji nie tylko z arcydzielną literaturą, lecz także z takimż filmem Hasa. Dlatego Jarzyna, chcąc dać własną odpowiedź, wraz ze współtwórcami warstwy wizualnej (Anna Axer-Fijałkowska, Aleksandr Prowaliński, Zbigniew Bzymek) uruchomił na obrotowej scenie Polskiego długi i imponujący strumień hipnotycznych obrazów.

Wielkiej piękności są pustynne, górskie pejzaże Sierra Morena, znakomicie, stylowo świecone horyzonty i tła, frapują wizualizacje z symbolami Kabały i kart tarota. Ale obok nich widzimy przebaśniowione kostiumy, rażące umownością na granicy kiczu, jakby z niedobrego teatru dla dzieci, czy sceny już jawnie i obficie kiczem oblane, jak obraz Szatana w finale pierwszej części. Znacznie gorzej jest jednak z tym, co pod obrazami. Pomiędzy skrajnościami – poszukiwaniem teatralności, tajemniczego piękna niedającego się zamknąć w słowa i znaczenia – a teatrem usłużnym wobec ideologii i poglądów twórców zieje głęboka rozpadlina.

W sposób zbyt skrótowy można ująć główną myśl „Rękopisu…” tak: nic nie jest tym, czym się wydaje, bo – jak piszą francuscy edytorzy i biografowie Potockiego, Francois Rosset i Dominique Triaire – „wszystko jest jednocześnie tym i tamtym”. Młodzieniec na spalonej ziemi przechodzi wtajemniczenie w zwodniczą i absurdalną naturę rzeczywistości. Ale to tylko wstęp do komplikacji.

Powieść była pisana dwukrotnie, ma różne, w głębszej warstwie sensów, wersje. Jest też fascynująca biografia autora, człowieka o nowoczesnej świadomości, czego „Rękopis…” jest koronnym dowodem. „Stanął przed zagadkami świata i życia ludzkiego bez gotowych odpowiedzi, sam borykając się ze sprzecznościami, paradoksami, niejasnościami, absurdem” – rzecze Rosset. Sens „Rękopisu…” się wymyka, odbity w sensach setek zwierciadlanych, dłuższych i krótszych historii.

Streszczam te podstawowe fakty, żeby zderzyć je z najnowszą teatralną wersją. Bo z ludźmi teatru jest tak, że zwłaszcza ze starymi i trudnymi tekstami mają luz. Przecież nikt się nie połapie, nie przyjdzie do teatru z książką, nie będzie zadawał niestosownych pytań. A nawet gdyby – to najwyżej pochwali, że teatr uprzystępnia hermetycznego autora. Korzystając z tego prawa kaduka, reżyser z dramaturgiem (Roman Pawłowski-Felberg) bawią się dostarczonymi przez pisarza puzzlami: jego wizjami, zdarzeniami i postaciami, a także kompilują swobodnie sceny z obu wersji powieści (pomimo sięgnięcia po kompetentny, precyzyjny edytorsko przekład Anny Wasilewskiej). Kłopot w tym, że to, co mają do powiedzenia, da się streścić w trzech zdaniach: stary świat był zły, na jego gruzach musimy stworzyć nowy, dobry; muszą to zrobić młodzi ludzie; mają prawo używać przemocy. I tak ciągle ktoś tu tłumaczy nam świat, za pomocą prostego dramaturgicznego zabiegu dopisania historii nadrzędnej poprzez reinterpretację wątku rodu Gomelezów. W oryginale była to arabska rodzina manipulująca młodym wojskowym Alfonsem, aby zyskać wpływy w Hiszpanii i uczynić go godnym następcą swych ciemnych interesów. U Jarzyny Gomelezowie zmienili się w tajną, globalną korporację. Jest to przeprowadzone całkowicie na poważnie, z inspiracją popkulturowymi fantazjami o masońskich rytuałach. W końcu ktoś zrobił spektakl dla alt-right- i alt-leftowców!

Przy okazji przygniecione zwałami patosu giną lekkość i humor prozy Potockiego oraz jego zaufanie do intelektu odbiorców. Zabawne są też różne efekty uboczne tej procedury, np. bezceremonialne dopisanie Potockiemu feminizmu, w formie manifestu, w scenie Księgi Rodzaju. Tymczasem większość kobiecych bohaterek „Rękopisu” (pomijając kabalistkę Adezu) to ekrany męskiego pożądania i reproduktorki, co Jarzyna bierze na warsztat, jako specjalista od zrobionych z biglem scen podrywu oraz orgii.

Walka o duszę Alfonsa-Alexa (Wojciech Siwek) odbywa się pomiędzy Mistrzem Gry-Gomelezem-Inkwizytorem (Andrzej Seweryn) a Adezu-Uzedą-Montezuma (Danuta Stenka, jak zawsze w najwyższej klasie). Mistrz Gry, arcyłotr, jest zwolennikiem nihilizmu i turbokapitalizmu, rządzi światem dla pieniędzy i samej czystej władzy, a Stenka zmieściła w sobie wszystkie pozytywne postaci, reprezentując gen dobroci i sprawiedliwości społecznej. Uwaga, spojler – w finale Alex podrzyna gardło Mistrzowi i wygłasza slogany o potrzebie Zmiany.

Szkoda, że twórcom zabrakło odwagi, nie poszli na całość i nie podmienili Aflonsa-AIexa na którąś z młodych aktorek z zespołu Polskiego, ucharakteryzowaną na Gretę Thunberg.