Wystarczyło przestawić akcenty, śmiało poprawić Wyspiańskiego w kilku kluczowych miejscach, a resztę znaczeń po prostu unieważnić. Z „Wesela” w Teatrze Słowackiego zrobiono spektakl propagandowy, ojkofobiczny manifest.
O czym jest „Wesele” Wyspiańskiego? Jak wiadomo – do końca nie wiadomo. O wielu sprawach naraz, bo o polskiej sprawie. A o czym bywa „Wesele” w teatrze? Albo służy do zadawania pytań, jak w oryginale, albo – do udzielania odpowiedzi. Tą drugą, łatwiejszą drogą idą zazwyczaj reżyserzy i dyrektorzy teatrów. Najnowsze „Wesele”, zrealizowane z rozmachem przez Maję Kleczewską w krakowskim Teatrze im. Słowackiego, jest podręcznikowym wręcz przykładem tłumaczenia ciemnemu ludkowi – i sobie samemu – „jak jest”, z gościnnym udziałem słów napisanych kiedyś przez biednego autora.

Wyspiański wpisał do „Wesela” mechanizm dyskursywny, któremu nadał siłę teatralnej i poetyckiej wizji. I to się nadal, po prawie 125 latach od premiery, sprawdza. Wielu o tym pisało, ten dramat to arche-tekst, tak jak „Dziady”. W życiu publicznym choćbyśmy nawet nie chcieli, ciągle odgrywamy i „Dziady”, i „Wesele”. Natomiast teatr polski od dekad pracuje nad unieważnieniem tego scenariusza społecznego i odebraniem mu mocy. Jeśli chodzi o stosunek do konceptu tożsamości narodowej, to ludzie teatru są w swym indywidualizmie, tak podkreślanym przy każdej okazji, niepokojąco podobni. Bez zbędnych ceregieli produkują serie spektakli fantazjujących o unicestwieniu poczucia przynależności do narodu. W myśl motta z Marii Janion: „Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu” przewrotnie aktualizują genialny finał „Wesela”, podrygując, na premierach i festiwalach, w konformistycznym stuporze. Niewiele ma z tym wspólnego Wyspiański. Polskość i mesjanizm próbował on zrozumieć, w imię patriotyzmu, który, jak sądzę – traktował ironicznie i krytycznie, jak zadane ćwiczenie „do myślenia”. Natomiast nienawiść, jak to z afektami bywa, w myśleniu raczej nie pomaga.
Spektakl jest zrobiony z rozmachem, z udziałem plejady krakowskich aktorów, z kostiumami, tańcem i śpiewami, a zarazem „współcześnie”, bo z myślą o naszej nieszczęsnej licealnej młodzieży. Wyznacza kolejny przystanek na drodze do wymarzonego (przez twórców) końca polskości jako formacji kulturowej – wystarczyło przestawić akcenty, śmiało poprawić Wyspiańskiego w kilku kluczowych miejscach, a resztę znaczeń po prostu unieważnić. Z „Wesela” wypowiedzianego mniej więcej tak, jak zostało napisane, zrobiono spektakl propagandowy, ojkofobiczny manifest.
Po pierwsze – temat główny wprowadza Rachela, stylizowana na Kasandrę, zinterpretowana ahistorycznie, obciążona traumą po Zagładzie. Pełna złowrogich przeczuć zostanie upokorzona, przepędzona nago przez widownię (co jest właściwie pornografią Zagłady, odtworzeniem wstrząsających fotografii i filmów robionych przez Niemców podczas pogromów i marszów śmierci).
Po drugie – Rycerz (Tomasz Wysocki), ubrany w ciemnozielony mundur wprost kojarzący się z mundurami Wojska Polskiego, to sadystyczny antysemita morderca. Otwiera akt wizyjny, wprowadzając na scenę kilku Żydów wyglądających jak uczniowie szkoły rabinicznej. W trakcie dialogu Stańczyka z Dziennikarzem – padają tu kwestie „wina ojca idzie w syna” i słynne słowa, wypowiedziane przez Poetę, „Polska to jest wielka rzecz” – Rycerz władczymi gestami każe żydowskim chłopcom zdejmować spodnie (aby sprawdzić, czy są obrzezani), a potem zabija, jednego po drugim, strzałami z broni ręcznej.
Po trzecie wreszcie – finał jest komentarzem do innej lotnej kwestii, tej o sercu, z rozmowy Poety z Panną Młodą: „A jest jedna mała klatka – o, niech tak Jagusia przymknie / rękę pod pierś”. „A tam puka?”. „Serce – ! -?”. „A to Polska właśnie”. Chochoł, którego gra tancerka (Kaja Kołodziejczyk) w ekstatycznym dygocie, plując krwią, wyrywa sobie to serce i kładzie je na weselnym stole, a potem bezskutecznie próbuje podpalić wiecheć słomy. W tej – jakże głębokiej – symbolice zawiera się cała myśl interpretacyjna „Wesela” Kleczewskiej. A żeby nie było wyłącznie uniwersalnie, lecz także aktualnie, dopisano jeszcze kontekst wojny na Ukrainie oraz uwypuklono antagonizm pomiędzy chłopami a szlachtą. Wernyhorą, prorokiem z zaświatów (jak wiadomo w oryginale bezskutecznie wzywającym Polaków do niepodległościowego działania), jest ukraińska aktorka śpiewaczka (Anna Syrbu). Tylko co to, na dobrą sprawę, znaczy? Czy napadnięta Ukraina woła, abyśmy wsiedli „na koń”? Tak czy inaczej: toksyczna polskość, wyznawana przez szlachtę i inteligencję, nie jest zdolna do niczego innego, jak do mordowania Żydów i gnębienia chłopa. Nic więc dziwnego, że ten świat jest skazany na katastrofę. Zdaje się, że twórcy przedstawienia uważają, iż Polacy na nią sobie zasłużyli, wizualizacje w finale pokazują płonący, niszczony przez wojnę, współczesny Kraków.
Źródło: „Do Rzeczy” nr 23