Uprzedzam: będzie mało o teatrze, dużo o zamieszaniu wokół Teatru Narodowego. Szkoda, bo rozmowę o „Hamlecie” Jana Englerta, którym żegna się z najważniejszą polską sceną po ponad dwóch dekadach dyrekcji, najlepiej zacząć od sztuki. Mało to popularne podejście… Tymczasem najnowsza premiera Narodowego niesie ze sobą wiele pytań. Na przykład o styl. Czy Englert dyrektor dopracował się własnego charakteru pisma? Z reżyserami, scenografami i całą resztą ekipy powracającej z kolejnymi realizacjami, a przede wszystkim ze stałym zespołem aktorskim?
Sporą część Englert zatrudniał i utrzymał – tak uważam – odpowiadając od razu na postawione wcześniej pytanie, w dobrej (a może nawet bardzo dobrej) formie. I to właśnie „Hamlet” dostarcza argumentów na rzecz wysokiej oceny jego dorobku. Jest to (wciąż piszę „jest” – dopóty, dopóki na afiszu zostaną najlepsze tytuły) teatr świetnie grany, bywa czysty w swej chwalebnej prostocie i bywa też piękny – czego się nie wstydzi. Co więcej, to teatr komunikatywny – dlatego chętnie oglądany, unikający bełkotliwości. Mnożę te komplementy na odejście także po to, by zadać kolejne, najważniejsze teraz pytanie: Co z tego zostanie pod nową dyrekcją – Jana Klaty?
Żywot medialny tego „Hamleta” rozpoczął się już w styczniu. Odchodzący na ministerialną prośbę nie do odrzucenia dyrektor ogłosił tytuł i obsadę: Gertrudą ma być Beata Ścibakówna, prywatnie żona Englerta, a Ofelią – jego córka Helena Englert. „Internet zapłonął” (czytaj: sprawę komentowano na portalu społecznościowym). Potem opinie te, z daleka zalatujące dyskusjami w teatralnych bufetach, zreferowała dramaturżka Małgorzata Maciejewska w felietonie uroczo i postulatywnie zatytułowanym „Zmiana warty”. Jakże to Englert śmiał reżyserować na odejście w kierowanym przez siebie teatrze i jakże to tak obsadzać rodzinę, i to w dodatku „kogoś spoza zespołu”?! Poza „argumentum ad fejsbukum” i „ad zespołum” zabrakło tylko postulatu o wydanie prawnego zakazu istnienia aktorskich klanów. W odpowiedzi teatr (czytaj: dyrektor) wydał oświadczenie, padły wielkie słowa, a nawet nazwiska (Grzegorzewski; i pamiętna nagonka na artystę u kresu dyrekcji, dziś uznawanej za wielką). Potem już tylko tabloidy i śniadaniówki, jak zawsze wygłodniałe aferki w celebryckim uniwersum – i już można wdziewać wieczorowe kreacje i stawać w kilometrowych kolejkach po bilety. Okazało się bowiem, że spektakl sprzedaje się na pniu, biletów brak, a w obiegu pojawiły się nawet podróbki (co z kolei wywołało falę kuriozalnych podejrzeń o wywołanie i podsycanie afery medialnej przez twórców).
Wyszło na plus, ale dlatego że teatr tej części widowni, zwabionej tabloidowym szumem, nie zaproponował marketingowej wydmuszki. Pomysł na „Hamleta” jest tutaj nazbyt oczywisty, ale nie jest to, w myśl pewnego powiedzenia, wada spektaklu, tylko cecha. Całość opiera się na prostej podmianie fabularnej. Oto sprężyną akcji, uruchamiającą w bohaterze chęć zemsty, jest Horacy, zdrajca (w oryginale był to zaufany przyjaciel). Nie ma tu metafizyki i zaświatów, zastępują je fake newsy i duża, brudna polityka. Bunt Hamleta nie wyraża opozycji stary – młody świat (choć tak wynikałoby z decyzji obsadowych, ról Hamleta i Ofelii ze świata celebryckiego). Pojawienie się Ducha podstępnie zabitego ojca młodzieńca inscenizuje właśnie Horacy (precyzyjny, jak zawsze, Przemysław Stippa), szpieg Fortynbrasa, władcy sąsiedzkiego mocarstwa – którym w finale okazuje się putinowska Rosja. Ulotnił się cały ciężar niejasnej wymowy tej sztuki, tak nieoczywistej jak, nie przymierzając, uśmiech Mony Lizy, w której wszyscy mają rację, więc nikt jej właściwie nie ma. Znaczenie przeniosło się więc do niektórych fraz, do rysunków postaci.
To o „Weselu” zwyczajowo pisze się jako o sztuce pokazującej rzeczywistą moc zespołu. Dla Narodowego stał się nią właśnie „Hamlet”, gdzie poza głównymi rolami, hieratycznymi stereotypami, jest mnóstwo znakomitego materiału dla dobrych aktorów. Nie ma tu słabych punktów. Wspaniałe role drugoplanowe i epizody, mądre i zabawne, należały do Jerzego Radziwiłowicza jako szefa trupy aktorskiej, Arkadiusza Janiczka jako Pierwszego Grabarza (prawdziwie zaktualizował szekspirowski wieczny typ, błazna trickstera-filozofa), Cezarego Kosińskiego (jako najbardziej „poloniuszowatego” Poloniusza, jak to tylko jest możliwe). A Hugo Tarres, debiutujący najwyżej – jak się tylko w teatralnej Polsce da – udźwignął ten ciężar i ma zadatki na ikonicznego Hamleta swojego pokolenia.
Źródło: „Do Rzeczy” 2025 nr 19