kondrasiuk

Narkotyk Klaty jak trawka Clintona

Do Teatru Narodowego w dniu inicjalnej premiery nowego dyrektora, Jana Klaty, wchodzi się po leżących w drzwiach tekturach z twarzą Władimira Putina, a foyer pokrywa „graffiti” z cytatami z Tadeusza Micińskiego, pewnie z pietyzmem naklejone przez pracownię scenograficzną Teatru, tak żeby nie zniszczyć ścian. To są tanie chwyty, w stylu pogróżek Szymona Hołowni. „A ti, a ti, niedobry Putinie, idę po ciebie!” – wśród wypolerowanych marmurów i luster, na potrzeby epatowania burżuja, czyli w miarę sytuowanej i wychowanej widowni Narodowego. Jak widać, nowy dyrektor dosiadł swojego ulubionego konika, prowokacji, albo – jak to się dziś mówi – trollingu. Wystawił „Termopile polskie”, ściślej mówiąc – wznowił rzadko grany tytuł, który odkrył dla siebie dekadę temu, we wrocławskim Teatrze Polskim.

Ale pomimo trollingu i sięgnięcia do szuflady z dawnymi pomysłami, pomimo że teatr Klaty, eufemistycznie mówiąc, mnie nie porywa i nie urzeka, uważam wybór tytułu na otwarcie nowego okresu Teatru Narodowego za niezwykle trafny. Gdzie, jeśli nie w Narodowym, mamy rozmawiać o patriotyzmie, księciu Pepi, królu Stasiu, o carycy Katarzynie, ruskich rubelkach – o Polakach? Jest to w długim życiu naszej narodowej sceny moment ciekawy. Jan Klata ze swoimi pomysłami nie jest też zbyt rozpoznany, mimo wszystko, w głównym nurcie kultury, więc zapewne okres jego dyrekcji spopularyzuje ten głos i to podejście do literatury.

Równocześnie idzie też o cały czas pożegnalny. „Hamlet” Jana Englerta, mniej więcej o tym samym, ale z użyciem bardziej konwencjonalnych środków. Ciekawe, który spektakl zejdzie wcześniej, a na który publiczność będzie „głosowała nogami”? „Bóg mi powierzył honor Polaków oddam go tylko Jemu!” – powiada, ginąc, książę Poniatowski. Klata lubi takie teksty, na których sobie może po swojemu poswawolić, sceny oniryczne, które uruchamiają w nim obrazy obficie oblane muzyką, którą reżyser ma na swojej playliście (od lat mocne odmiany metalu), w uproszczonej stylistyce, mnie osobiście najbardziej kojarzące się z komiksem i kreskówkami. „Termopile…” rozgrywające się na polu bitwy, w głowie umierającego bohatera, są więc dramatem, na który jest niejako skazany, jeśli chce kontynuować swój kurs.

I tak kluczową dla znaczenia całości scenę prologu na polu bitwy pod Lipskiem ustawił pod gęste gitarowe riffy grane na żywo przez zespół Gruzja, z tekstem Dominika Gaca, wyświetlanym ogromnymi literami na całą szerokość horyzontu, nawiązujące i muzyką, i tekstem do pamiętnego zespołu Siekiera, a także swobodnie miksujące, z perspektywy 2025, nazwy i hasła z polskiego imaginarium i z globalnej popkultury. „verdun waterloo / auschwitz i brugge / hogwart mielno rzym / norymberga charków / katyński spleen”.

I taki to jest spektakl, bo stopniowo staje się jasne, że chociaż Klata rozbija patos, reprezentowany głównie przez księcia Józefa, tanimi chwytami z repertuaru estetyki campu (niskorosły aktor jako umierający patriota, w kostiumie odsyłającym do postaci Małego Powstańca), to zarazem nie zamierza wpisywać się w obowiązującą obecnie na większości scen sztampę. Nie chodzi tu o opluwanie martyrologii i romantycznego dziedzictwa, ale o przyglądanie się, co z niego zostało dziś. Jest tu sporo paradoksów. W finale dwa najmocniejsze monologi należą do bohatera, Tadeusza Kościuszki (Cezary Kosiński, ze swoim poczciwym emploi, ucharakteryzowany na mieszkańca Teksasu), i do zdrajcy, groteskowo pokazanego, ośmieszanego raz po raz, króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (Jerzy Radziwiłowicz, znakomity, dodający od siebie warstwę tragizmu do płaskiego ujęcia reżysera, dublura z Janem Fryczem).

W spektaklu nie ma aluzji politycznych, ale mnóstwo tu odniesień do wojny na Ukrainie, łącznie z użyciem ujęć z drona, dziś kojarzących się z pornografią śmierci – co dla mnie jest skandalem. Monologi te, mówione wprost do publiczności, zmuszają do przemyślenia swojego stosunku do wojny, są też oskarżeniami o gnuśność i konformizm. Tylko co w zasadzie mamy zrobić po wyjściu z teatru? Klata moralizuje, przypomina o wartościach w ciepełku najpotężniejszego teatru w Polsce (Byłbym zapomniał – Danuta Stenka jako caryca Katarzyna! Oskar Hamerski jako kniaź Potiomkin! Karol Pocheć jako książę Józef!). Przypomina Warszawie o istnieniu patriotyzmu, odwołując się do estetyki buntu i kontrkultury, ale nie ma w tym ryzyka, bo sytuacja, w której mówi, to ryzyko obezwładnia. To narkotyk patriotyzmu, owszem, dla niektórych niebezpieczny, ale przypominający trawkę Billa Clintona. To się pali, ale się tym nie zaciąga.

Źródło: „Do Rzeczy” 2025 nr 50