Gdyby nie wojna, nie miałabym tylu wystaw (…).
Jan Bačynsjkyj
Wybuchła wojna, jedziemy na Broadway!
Bliadski Circus Queelektyw
1.
Dworce. Pociągi. Co tydzień albo dwa, wsiadam rano do Kyiv-Expressu. Z Lublina odjeżdża kilka minut po ósmej, końcowy przestanek – Warszawa Wschodnia. To długi pociąg, ledwo mieści się na peronie. A właściwie – dwa pociągi, zbudowane z osobnych składów, pomiędzy którymi nie ma możliwości przejścia. Ten ukraiński jest złożony z niebieskich sleepingów. Nad jednym z nich z małego komina unoszą się sympatyczne obłoczki, pewnie mają tam też gorącą herbatę… Idę wzdłuż składu w poszukiwaniu miejsca. Pociąg prawie zawsze jest przepełniony. Głównie kobiety, w każdym wieku. Dużo dzieci. Często wydaje mi się, że jestem tu jednym z niewielu polskich pasażerów. Od 24 lutego 2022 roku, od początku „pełnoskalowej” (jak się pisze i mówi w proukraińskich środowiskach, żeby nie zgubić pamięci o aneksji Krymu) mijają właśnie trzy lata, a „niepełnoskalowa” trwa już jedenaście. W tym czasie wiele się zmieniło w kwestii ukraińskiej, ale Kyiv-Express nie zmienił się nic a nic.
Na słuchawkach – zespół Nanga, Wyjeżdżamy. Tekst utworu zaczyna się tak: „Sztuczne palmy i brudne dworce, wyjeżdżamy / Z walizkami, gramofonami, wyjeżdżamy…”, a dalej: „Na Zachodnim kawa, której nikt nie słodzi | A na Wschodnim słońce nigdy już nie wschodzi”, i „Ciepła cola i zimne noce, wyjeżdżamy | Z problemami, powerbankami, wyjeżdżamy.”
Łapię się na tym, że Ukraina to dla mnie właśnie Kyiv-Express z tą, jakże niestosownie ładną, melancholijną melodią, z chrypką wokalistki Dubrowskiej w powracającym, leciutko przeciąganym „wyjeżdżamy”. Ale przecież w tekście nic o wojnie ani o Kyiv-Expressie nie ma. Tylko tytuł, boleśnie szczery, całego albumu: Sport, wojna i miłość.
![]()
Czasem myślę, że to właśnie dworce, miejsca, które odzierają ze wspólnotowych złudzeń, są przestrzenią najtrafniej obrazującą najnowsze polsko-ukraińskie doświadczenie. Przez pewien czas razem, ale pozostajemy obcy, czasem tylko wspaniała rozmowa z kimś, kogo już nigdy nie spotkasz. Mijamy się, pomimo tego wszystkiego, co się wydarzyło. Pomimo manifestacji, symbolicznych gestów przywódców państw przed kamerami i codziennych spraw, tych nie na pokaz, niezarejestrowanych i nieopisanych. Pomimo łańcucha solidarności – zawiązanego przez tak wielu zwykłych ludzi natychmiast po 24 lutego 2022 roku – rozpiętego od centrów pomocowych przy przejściach granicznych i na dworcach właśnie, aż po mieszkania i domy w całej Europie.
O napadzie Rosji na Ukrainę myślałem i pisałem jako o najeździe orków, a więc w kategoriach tolkienowskich, uniwersalnych, w tonacji czarno-białej, bez żadnych półcieni. Jak o wojnie dobra ze złem i o wydarzeniu ostatecznym, które zadecyduje o losach naszego świata i odmieni jego postrzeganie. Widziałem te zmiany na własne oczy i w nich uczestniczyłem. Natychmiastowa reorganizacja życia społecznego, bezkonfliktowe przyjęcie wielkiej diaspory, setek tysięcy ludzi potrzebujących pomocy… To było wspaniałe, przywracało wiarę w Polaków. Nadal wiele z niej pozostało, ale czy świat zmienił się na lepsze? Mamy luty 2025 roku, Ukraina odbiera właśnie od Trumpa brutalną, deziluzyjną lekcję geopolityki. Polska znudziła się tematami wojennymi, rosną nastroje antyukraińskie. Walka dobra ze złem, sprawiedliwa wojna – tak, ale coraz bardziej widoczne są półcienie. Na trwaniu sprawiedliwej wojny, a nie na jej zakończeniu, także można świetnie zarabiać i rozgrywać własne interesy jak amerykańscy celebryci, Angelina Jolie, Ben Stiller et consortes, którzy za zdjęcia z Zełenskim zainkasowali grube miliony. Co o tym wszystkim mają myśleć zwykli ludzie, którzy rzucili się na pomoc, oddając swój czas, dzieląc się domem a nawet i ostatnim, wdowim groszem? Znów częściej słychać o ukraińskiej korupcji, a system oligarchiczny trzyma się tam coraz mocniej, w przeciwieństwie do demokracji. Oglądam tik-toki kręcone przez Ukraińców, gdzie mowa o innej wojnie – bogatych z biednymi (a którym zasięgi, być może, zapewnia ruska propaganda). Na froncie zginęło mnóstwo patriotów, którzy poszli walczyć kierowani pierwszym szlachetnym odruchem, a kiedy zaczyna ich brakować – państwo ukraińskie sięga po bezwzględne instrumenty obowiązkowego poboru. Niektórzy nasi znajomi nie mają więc powrotu na Ukrainę, bo nie chcą być wcieleni do armii, boją się śmierci. Co mam z tym faktem zrobić? Jakie mam prawo ich oceniać? Co bym zrobił na ich miejscu?

A w Polsce nasze życie biegnie swoim torem. Niczego się nie nauczyliśmy, niczego nie zrozumieliśmy, co najwyżej ten banalny fakt: że nawet jeżeli uważamy tę wojnę za naszą sprawę, to po cichu się cieszymy, że wciąż toczy się nie u nas, a za granicą NATO. Może jeszcze i to – że tutaj happy endu nie będzie.
Całość tekstu – na stronach „Raptularza”