1.
John Maxwell Coetzee Nobla dostał w roku 2003. Dziś jego literackie propozycje nie wzbudzają ekscytacji. Najnowsza książka, Polak, doczekała się wydania u nas dwa lata po pierwodruku i przemknęła niemal niezauważenie. Nie pomógł nawet dodatkowy walor promocyjny, czyli rodzime pochodzenie tytułowego bohatera. Ale już przy wydaniach poprzedzającej Polaka trylogii – serii przypowieści osnutej wokół powrotu Jezusa jako chłopca-migranta – pojawiały się komentarze, że Coetzee wszedł w zupełnie inny rejestr pisarski, że jego ostatnie książki nie nawiązują do poziomu wyznaczonego w najlepszych latach.
A przecież – bywało zupełnie inaczej. Kolejne tytuły ukazywały się w Polsce w momencie światowych premier, a wizyty pisarza – pomimo jego legendarnej mizantropii – dostarczały okazji do namaszczania artysty do roli Mistrza. Życie ścigało się z literaturą, a literatura z życiem: bo przecież wytwarzanie splendoru i przeróżne wizerunkowe hiperbole, takie jak wręczanie doktoratów honoris causa,Coetzee stematyzował i ironicznie sportretował w Elizabeth Costello… Po tym wszystkim zostały nam jednak porządne wydania chyba każdej linijki, która oficjalnie wyszła spod ręki pisarza. W dobrych tłumaczeniach mamy więc prozę, eseje, a nawet wczesne naukowe prace literaturoznawcze. Ukazał się też poświęcony Coetzeemu Przewodnik Krytyki Politycznej oraz przygotowany z inicjatywy Fundacji Malta zbiór wywiadów, interpretacji, a po części też artbook z udziałem artystów sztuk performatywnych i wizualnych. W recepcji dzieła Coetzeego swoje miejsce miał także i teatr – za jego prozę brali się tak ważni twórcy jak Krzysztof Warlikowski (wielokrotnie), a Luk Percerval i Kornél Mundruczó zmierzyli się z Hańbą. Sam Coetzee zadebiutował jako librecista i to właśnie w Polsce. Oparta na powieści Powolny człowiek opera Nicholasa Lenza, wyreżyserowana przez Maję Kleczewską, premierę miała na festiwalu Malta.

Ale są to wspomnienia co najmniej sprzed dekady. Dziś za przyczyną Krystiana Lupy i Krzysztofa Warlikowskiego nastąpił powrót pisarza. Spektakle Balkony – pieśni miłosne i Elizabeth Costello. Siedem wykładów i pięć bajek z morałem3 powstały niemal równolegle. Dwóch, ciągle najważniejszych reżyserów polskiego teatru, sięgnęło do starszych utworów Coetzeego. Przypominają o jego dziele – ale już w diametralnie innym pejzażu za naszymi oknami, bo przecież, kiedy z dzisiejszej perspektywy wspominamy niełatwą przecież pierwszą dekadę XXI wieku, to ze zdumieniem możemy uznać ją niemal ze szczęśliwe czasy.
Krytyczne bajdurzenie o doskonałej prozie zawsze jest uzurpacją, zwłaszcza, gdy doskonałą prozę bierze na warsztat – a to jest przecież ten przypadek – doskonały teatr. Mam jednak poczucie wewnętrznego oporu wobec propozycji Krzysztofa Warlikowskiego, na co być może wpływ miała, obejrzana wcześniej, zgoła inna teatralna lektura Lata Coetzeego, w wersji Krystiana Lupy. Chodzi mi o powrót tego autora jako patrona artywizmu, o „używanie” i „ustawianie” jego literatury w takiej właśnie perspektywie. […]
Całość tekstu – na stronach „Raptularza”