1.
Krystian Lupa pokazał na Boskiej Komedii, przedpremierowo, najnowszy spektakl. Okazało się, że reżyserowi – który miesiąc temu skończył osiemdziesiąt lat – nie przeszkadzają w tworzeniu udanych przedstawień ani wiek, ani oskarżenia o przemoc werbalną, symboliczną albo ekonomiczną, ani nawet odwołanie premiery w Genewie. Tak więc po raz kolejny nie zdarzył się koniec czy przynajmniej schyłek teatru Lupy, jaki od lat wieszczą co poniektórzy krytycy, a już na pewno teatralni aktywiści, dla których Lupa stał się czymś w rodzaju wodza pokolenia dziadersów, symbolem dziadocenu, który należy zabić, przybić osinowym kołkiem i na zawsze zakopać. Jest to nieco perwersyjne, bo przecież od lat Lupa robi spektakle o swoim końcu, wypaleniu, autokompromitacji, gra z własną pozycją – w dodatku w stronę stronnictwa postępowego wysyła deklaracje lojalności.
Dzięki wizycie w Krakowie wiem, że jednak ciągle fala go niesie. Nie złożył samokrytyki, nie traci rezonu i dowcipu, a jego głos z offu z każdą premierą wydaje się coraz bardziej dominować nad materią sceniczną. Wciąż niektórzy znaczący dyrektorzy, szefowie festiwali, krytycy i aktorzy, także ci najbardziej lewicowi i aktywistyczni – kochają Lupę. Francja (i ogólnie Zachód) też wciąż kocha Lupę, bo potrafi tak pięknie opowiadać o bankructwie wnętrza człowieka Starego Kontynentu z perspektywy późnej melancholii. Takim gigantom wiele się wybacza (zbyt wiele…). Ale, czy pisanie o nich musi być uwikłane w „za” i „przeciw”, ma być zrównywane z popieraniem przemocy albo wpisane w ramy walki z dziadocenem, tak jakby nie można było pisać po prostu?

Po wypadkach szwajcarskich Lupa pracował w Paryżu nad odwołaną w La Comédie de Genève premierą prozy W.G. Sebalda i we Wrocławiu, w Teatrze Polskim w Podziemiu, nad spektaklem Balkony – pieśni miłosne. Dziwny to tytuł, wywiedziony, jak się okazało, z pomysłu scenograficznego. W scenariuszu Lupa wykorzystał sztukę Federico Garcíi Lorki Dom Bernardy Alby, powieść Johna Maxwella Coetzeego Lato, przywołał postać Elfriede Jelinek oraz – o czym nieco więcej za chwilę – monolog Anny Ilczuk. W programie spektaklu czytam postępowe slogany, o „tkwieniu w więzieniach myślowych konwencji, obowiązujących norm moralności, obyczajowych tabu, w klatkach schematów pokoleniowych”, a „te więzienia w dotkliwy sposób deformują nasze życie”. To jest ten Lupa na poważnie, ale przecież potrafił po mistrzowsku demaskować naiwność wiary w ucieczkę z tych więzień, a przynajmniej ironicznie ją komentować – jak choćby w Imagine (2022) czy Capri – wyspie uciekinierów (2019), przedstawieniach z Teatru Powszechnego w Warszawie. Dlatego wciąż nie ma poważnej konkurencji wśród nie odróżniających się od siebie artystów młodszych. I ci z mojego pokolenia, i ci z „millenialsów” czy „zetek”, wciąż powtarzają to samo i tak samo, używając poprawnościowego słownika pełnego szczebioczących złudzeń, jakby urodzili się wczoraj. (W pociągu do Krakowa niedaleko mnie siedzi dziewczyna, trzyma torbę z napisem „Take care each other”…). Lupa wśród nich jest jak dinozaur, ale i jak prorok, którego przepowiednie w końcu się spełniły. Jego ideały młodości, jeszcze z lat siedemdziesiątych, właśnie wchodzą do mainstreamu, ale – choć przecież nie może się nie zgadzać i z koniecznością ogólnoświatowej rewolucji seksualnej, i „żądaniem niemożliwego”, i z tym, że odziedziczony świat trzeba stworzyć na nowo – jest już zupełnie gdzie indziej. Bardzo daleko. W świecie Sebalda, Coetzeego, Jelinek, Bernharda, Kafki. Jego teksty i spektakle są pełne wyjaśnień, dlaczego, jako rodzaj ludzki, żyjący tu i teraz, ciągle mamy kłopoty. Wie, że z „take care each other” tak łatwo nie idzie. Fascynuje go przemoc i jako temat, i jako metoda. Lubi manipulować aktorami albo po prostu wrzeszczeć na wpatrzonych w jego aurę, krzyczy „kurwaaa!” na nich i na siebie, także na cywilizację zachodniego człowieka, którą uważa za przegraną, a potrafi o niej tak fascynująco opowiadać, używając najlepszej literatury. Z tym nihilistą udającym utopistę można się przynajmniej pokłócić. Jest szczerym potworem w teatralnym kłamstwie. Wolę jego diagnozy, boleśnie szczere niż uszczęśliwianie ludzkości przemocą, z hasłem czułości na sztandarach. […]
Całośc tekstu – na stronach „Raptularza”