kondrasiuk

Polski teatr terapii zbiorowych

Ciągle się za coś musimy wstydzić. Wstyd to niezwykle skuteczne narzędzie. Także w teatrze.

Reżyserzy czytają książkę – wszyscy tę samą. Kilka lat temu była to Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej Andrzeja Ledera (kto to jeszcze pamięta?). Autor postawił dobitną tezę: w Polsce najpoważniejszą modernizację zawdzięczamy powojennym rządom komunistów i stalinistów, co zostało wyparte, a teraz – należy przypomnieć i docenić, dokonując rewizji społeczno-politycznej historii Polski. O modernizacji w Polsce Ludowej pisali rzetelnie i w oparciu o źródła choćby Anna Sosnowska czy Padraic Kenney, ale to nie ich czytali artyści, w tym ludzie teatru. Woleli Andrzeja Ledera, który unika precyzyjnych definicji, całego tego nudziarstwa historycznego, proponuje za to jedną, łatwą do zapamiętania myśl. Przyznając sobie prawo do reprezentowania wspólnoty polskiej, jakichś „nas”, sadza polski naród en bloc, na psychoanalitycznej kozetce i stawia mu diagnozę: pacjent rewolucję społeczną przeżył biernie, interpasywnie i do dziś ją wypiera. Jest to słownik zapożyczony, zdaje się, od lacanisty Slavoja Žižka, oparty na psychoanalizie wielkich zbiorowości. Leder proponuje też program uzdrowienia: wyleczą „nas” seanse przywracania pamięci, ogólnospołeczne terapie. I to między innymi z Ledera urodził się dzisiejszy teatr o ambicjach psychoterapeutycznych, a spektakle-seanse realizowane są seriami. Nikogo to nie dziwi, może nawet tego nie zauważamy, bo jesteśmy do trybu terapeutycznego przyzwyczajeni po dekadach debaty na temat Holocaustu, od książki Jana Błońskiego Biedni Polacy patrzą na getto po Sąsiadów Jana Tomasza Grossa. Wykrywanie u współobywateli rozmaitych fantomowych bóli to nasz narodowy sport. Powstało wiele scenicznych realizacji, opisanych i podsumowanych z użyciem narzędzi psychoanalitycznych przez Grzegorza Niziołka w Polskim teatrze Zagłady.

W tym sezonie reżyserzy czytają inną książkę. Kacper Pobłocki w Chamstwie również proponuje ogólnonarodowy seans psychoterapeutyczny. Ma on polegać na uświadomieniu sobie przez „nas”, Polaków, win wobec warstwy ludowej, popełnionych przez szlacheckich protoplastów. Autor uważa, że jako zbiorowość powinniśmy się poddać terapii przywrócenia pamięci o tym, że dziedzictwo naszej wspólnoty kulturowej, polskości, jest skażone powszechnie, systemowo, od stuleci stosowaną przez szlachtę przemocą fizyczną i seksualną. Istnieje coś w rodzaju przemocowości powszechnej, wciąż aktywnej, zinternalizowanej tak głęboko, że trudno sobie ją uświadomić – mówi Pobłocki – przytaczając na dowód biografię swojego dziadka, czyli trudną historię rodzinną.

Całość tekstu – na stronach „Raptularza”