kondrasiuk

„Helena”, czyli prostota jest najtrudniejsza

W styczniu w obiegu opinii kulturalnych panuje szał podsumowań. Ale w dziedzinie teatru tworzenie list rankingowych najlepszych (najlepiej 10) spektakli roku 2025 oparte jest na zasadniczym nieporozumieniu. Dlaczego? Polski teatr jest zjawiskiem nie do ogarnięcia przez jednego człowieka. Składa się z wielu równolegle funkcjonujących obiegów, a na uwagę niekoniecznie zasługuje obieg uchodzący za najważniejszy i reprezentatywny – czyli tych kilkadziesiąt instytucjonalnych teatrów zawodowych. Na początek kolejnego roku chciałbym więc wskazać -odchodząc do konstruowania list i przydzielania gwiazdek – spektakle po prostu zasługujące na uwagę, powstałe w mniejszych ośrodkach i na obrzeżach głównego nurtu. „Helena” O takich spektaklach mówi się, że to etiuda albo miniatura.

Krótki, trochę ponad pół godziny grania, z minimalną scenografią i obsadą. Białostocka filia Akademii Teatralnej podaje, że powstał on na zajęciach z drugiego roku reżyserii, pewnie jako praca zaliczeniowa. Takich szkiców powstaje w murach szkół teatralnych wiele, ich życie trwa krótko, a potem pracuje się nad następnymi i następnymi. Zdarza się jednak, że uwolnienie od wymogów typowych dla stałego teatru, wszelkie ograniczenia wynikające np. ze skromnego budżetu są katalizatorem. Że powstaje forma czysta, oszczędna, pozbawiona jakiegokolwiek nadmiaru, trafiająca każdą minutą w samo sedno. Taka właśnie jest „Helena”.

Przez większość spektaklu opowieść prowadzona jest z offu: słyszymy nagranie historii mówionej. Starsza pani opowiada o swoim życiu, skupiając się na temacie małżeństwa. Mówi pięknym językiem, ma charakterystyczny, „uśmiechnięty” tembr głosu, opowiada prosto, naturalnie, ale też potrafi słowem rysować obrazy i sytuacje. Dzieli się sprawami osobistymi i najważniejszymi, domyślamy się zatem, że ta – jak to się dziś określa – „historia mówiona” przekazywana jest komuś godnemu zaufania. A teraz my, publiczność, tym zaufaniem jesteśmy obdarzeni. Tak, to prawdziwy dar: jednostkowy los konkretnego człowieka, z całym jego pięknem i dramatyzmem.

Słowa z nagrania uruchamiają sytuacje. Na scenę, w skromną scenografię symbolicznie odwzorowującą wiejską izbę, wchodzi dziewczyna, potem dołączy do niej chłopak. Grają z lalkami-obiektami, figurami dziewczyny i chłopaka, których głowy zasłaniają twarze wykonawców, a ich kostium przymocowany jest do pasa. Aktor jest zatem zrośnięty z lalką, tym przedmiotem niesamowitym, który potrafi być wehikułem w zaświat i symbolizować kogoś więcej. Użyta w spektaklu autentyczna opowieść Olimpii, babci reżyserki, Magdaleny Dąbrowskiej, w zestawianiu z wybraną do jej inscenizacji techniką daje nadzwyczajne rezultaty. Nie ma tu ani jednej zbędnej sekundy, żadnego fałszywego ruchu, nadmiaru czy zbanalizowania. Język gestów uzupełnia, a nie ilustruje płynącą opowieść o dzieciństwie wiejskiego dziecka, wyjątkowej dziewczyny obdarzonej talentami teatralnymi, których nie była w stanie zrealizować, o małżeństwie zaaranżowanym przez krewnych, a więc – małżeństwie bez miłości. A potem – jednak o miłości, wbrew wszystkiemu, i o wdowieństwie. O stawaniu się człowiekiem, zdobywaniu sensu życia, w całym towarzyszącym temu cierpieniu.

W tak prostych warunkach powstał spektakl, który uzmysławia, jak wielką moc ma teatr, jeśli nie udaje czegoś więcej – a wtedy znienacka tym „czymś więcej” się staje i potrafi odświeżyć tak bardzo dziś przytępioną wrażliwość na cudzą opowieść i czyjś los. Istotna była tu rezygnacja z kupczenia cudzym cierpieniem, z emocjonalnego szantażowania widzów. Po sukcesie wydawniczym „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak, po licznych, odmienianych na wszystkie sposoby, zideologizowanych projektach „ludowej historii Polski” jest to populistyczny i łatwy chwyt, wystawić kilka łzawych i chwytających za serce historii. Tymczasem „Helena”, mimo że jest opowieścią o losie młodej kobiety na wsi, i to w koszmarnych, środkowych dekadach XX w., idzie całkowicie obok popularnych dziś schematów narracyjnych. Bywa, że autentyk ma wielką moc. Brzmi jeszcze głośniej w podrobionym prawie w całości świecie, w kakofonii autopromocyjnych, podrasowanych medialnie prezentacji.

Przysłuchuję się głosowi nieżyjącej dziś Olimpii i wierzę jej, że to zdarzyło się naprawdę, że naprawdę istnieją uczucia wobec najbliższych i że można ocalić siebie, uchronić wrażliwość, nie zatracić człowieczeństwa nawet w najtrudniejszych warunkach. To jest właśnie siła świadectwa, pod jednym wszakże warunkiem – zostanie ono przekazane bezinteresownie, a nie użyte jako element kolejnej ramy narracyjnej, jako narzędzie perswazyjne, pouczająca opowiastka z morałem. 

***

„Helena”, Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie – Filia w Białymstoku

Reżyseria: Magdalena Dąbrowska

etiuda na zajęcia „Praca z aktorem w planie lalkowym” prowadzone przez Helenę Radzikowską (II rok reżyserii AT W Białymstoku)

Pokaz w ramach Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy (13 listopada 2025 r.)

Źródło: „Do Rzeczy” nr 4, 2026