kondrasiuk

Czarna maska burżuja

W najnowszej realizacji „Czarnej maski” Krzysztofa Pendereckiego niczego nam nie oszczędzono. Gęstą materię muzyczną i mroczne libretto ubrano w estetykę rodem z serialu „Dynastia”.

Na afiszu Opery Narodowej zagościła – na razie na krótko – mało znana opera Krzysztofa Pendereckiego „Czarna maska”. Najszybciej starzeje się to, co nowoczesne, w tym XX-wieczne opery, które miewają żywot jętki jednodniówki, ograniczony do daty prapremiery. Z „Czarną maską” jest odwrotnie – czas jej dobrze służy, wraz z XXI w. wciąż nabiera mocy.

Penderecki dostrzegł „librettotwórczy” potencjał dramatu Gerharta Hauptmanna – którego nikt by pewnie dziś już nie pamiętał – w zwartej konstrukcji, trzymającej w napięciu akcji, w dusznej atmosferze tajemnic przeszłości i finałowym punkcie kulminacyjnym. Po drodze do celu kompozytor nie porzucił autora, ale do gęstej sieci znaczeń i kontekstów dodał własne (gdybyśmy dziś mieli takich operowych dramaturgów!).

mat. promocyjne TW-ON

Miejscem zdarzeń rozgrywających się w ciągu jednej doby (fabuła zachowuje klasyczne zasady jedności czasu, miejsca i akcji) jest dolnośląskie miasteczko Bolkenhein, dzisiejszy Bolków. Jest rok 1662, wciąż żyją wspomnienia wojny trzydziestoletniej i zbrodni popełnianych na tle różnic religijnych. Podczas uroczystej kolacji wydanej przez burmistrza spotyka się wielonarodowe i wielowyznaniowe grono, złożone z przedstawicieli lokalnego establishmentu i europejskich gości. Wraz z dojrzewaniem wieczoru i wzrastającą liczbą opróżnianych butelek wina spod ogłady towarzyskiej, blichtru i deklarowanej tolerancji wypełzają skrywane antagonizmy wyznaniowe oraz namiętności – te cielesne i te finansowe.

Taka konstrukcja uruchamia mnóstwo skojarzeń. Piotr Kamiński w znakomitym przewodniku operowym pisze o podobieństwie do „Wesela”, krytyka operowa zobaczyła tu odpowiedź na „Salome” Oscara Wilde’a i Richarda Straussa. W galerii kilkunastu równorzędnych postaci, potraktowanych krytycznie i bezceremonialnie, centralną pozycję zajmuje silna kobieta, żona burmistrza – Benigna. Sercem tej opery są ogromne, skrajnie trudne arie Benigny, odkrywające prawdziwą naturę rzeczy: rozwiązłość, manipulacje uruchomione przez skrywaną przez lata zbrodnię na pierwszym mężu, wreszcie – prowadzące do szaleństwa pożądanie do mordercy, czarnoskórego Johnsona.

Autor i idący po jego śladach kompozytor nałożyli na warstwę obyczajową i socjologiczną swoje obsesje metafizyczne. W świecie antywartości, pozbawionym Boga, wciąż pojawiają się, a w końcu najwyraźniej interweniują widma przeszłości, duchy pomordowanych. Do głosu dochodzi eschatologia – może chrześcijańska, a może już pozachrześcijańska – oparta na ofierze, winie i jej odkupieniu. Nieprzypadkowo powracają konteksty średniowieczne, taniec śmierci kontrapunktowany karnawałem, a jako lejtmotyw, domknięty w finale, brzmi hymn „Dies irae”. Jesteśmy już bardzo daleko od oświeceniowego optymizmu rodem z Lessingowskiego „Natana mędrca”.

Za tym nadmiarem symbolicznym i natłokiem zdarzeń próbuje nadążyć reżyser David Pountney, którego pomysłem są jeszcze większy nadmiar i natłok. Powstał iście morderczy koktajl. Ekspresjonistyczna poetyka tekstu i tożsama z nią partytura zostały opowiedziane za pomocą efekciarskiej, przeładowanej oprawy scenicznej. Choć w muzyce i w tekście dzieje się wiele, właściwie wszystko – i wykonawczo Opera Narodowa proponuje prawdziwą, nie tylko sceniczną ucztę – to reżyser pokierował się zasadą: dajemy wszystko, co fabryka miała. Niczego nie oszczędzono: schody, pirotechnika, demonicznie ułożony i przystrojony balet, nagość i symulowanie seksu podczas duetów i arii, no i wielki finał, którego zdradzał nie będę.

Te nieusuwalne wady spektaklu najlepiej widać w porównaniu z rejestracją, wciąż dostępną w streamingu, innej realizacji, z ubiegłego roku. NOSPR zaproponowała „Maskę” w formacie semi-stage, czyli i koncertu, i teatru, a ta chwalebna oszczędność wydobyła walory partytury – brutalnej, napędzanej kotłami, buntem, seksem i metafizyką. Tymczasem Pountney najwyraźniej wyszedł z założenia, że elitarna publiczność masochistycznie uwielbia oglądać, jak biją ją po twarzy, a najlepiej uśmiercają. I przeszarżował – w chęci piętnowania zepsutych i amoralnych burżujów, nie tych XVII-wiecznych, ale dzisiejszych.

Przykłady można mnożyć. Najbardziej rzuca się w oczy kompromitacja Benigny poprzez przebranie jej za kiczowatą panterę. Scenograficzne i kostiumowe sugestie odsyłają, owszem, do współczesności, ale takiej rodem z serialu „Dynastia”, a sam akt parodii, wymierzony w burżuazję, zawłaszcza przekaz i narzuca swoje własne reguły, czemu sprzyjają i wielka, narodowa scena, i atmosfera Warszawy A.D. 2024.

„Czarna maska” Krzysztofa Pendereckiego w reż. Davida Pountneya w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie.

Źródło: „Do Rzeczy” Nr 50 / 2024