„Tam, gdzie mapa kraju staje się już bardzo południowa, płowa od słońca, pociemniała i spalona od pogód lata, jak gruszka dojrzała – tam leży ona, jak kot w słońcu – ta wybrana kraina, ta prowincja osobliwa, to miasto jedyne na świecie”.
Po tym, jak w listopadzie 2002 roku Drohobycz zaskoczył mnie i olśnił letnim blaskiem, w tych próbach zdania relacji z Międzynarodowej Konferencji Schulzowskiej co najmniej dwóch rzeczy ominąć się nie da. Nie można po powrocie nie wrócić do prozy Schulza – i odmówić sobie przyjemności rozpoczęcia od tego właśnie cytatu z opowiadania „Jesień”. Uczestnikom listopadowych zdarzeń dana było bowiem niepowtarzalna możliwość naocznego sprawdzenia trafności tego obrazka.
Po 60 latach od dnia tragicznej śmierci – Bruno nadal przebywa w „mieście jedynym”. Ta pośmiertna obecność pisarza z każdym rokiem ewoluuje i nabywa znamion realności.
„Ja pamiętam innego Schulza, nie pisarza” – usłyszałem od pewnej starszej damy. Książki jego, tak jak i wielu innych drohobyczan, poznała kilkanaście lat temu. „To już inny, wasz Schulz, i wy teraz też dbajcie o niego”. W dziejach „nowej” pamięci o Brunonie Schulzu i jego Drohobyczu pierwszy krok postawił Jerzy Ficowski, w powojennych latach powstawania „Regionów wielkiej herezji”. Dziś, kiedy uczyniono już bardzo wiele, „inna” obecność Schulza urealnia się w działaniach Polonistycznego Centrum Naukowo-Informacyjnego – w gronie pomysłodawców konferencji zorganizowanej pod patronatem Konsulatu Generalnego RP we Lwowie i Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Iwana Franki w Drohobyczu.
„Drohobycz – jedyne miejsce na świecie” – przypomniał słowa Schulza Jerzy Ficowski, kierując za pośrednictwem nagrania video swoje przesłanie do uczestników konferencji. „Cokolwiek by się działo, Drohobycz będzie najważniejszy”. Słów chorego nestora schulzologii wysłuchaliśmy 19 listopada, zaraz po kadyszu. Po tym niezwykłym momencie, przeżyciu chyba już na trwałe zapisanym w pamięci. Staliśmy wtedy na ulicy wokół miejsca tragicznej śmierci pisarza, w otoczeniu codziennej miejskiej krzątaniny, dokładnie 60 lat później. Słuchaliśmy o wydarzeniach tamtego feralnego dnia w relacji Alfreda Schreyera, a zaraz potem – drżącego głosu Przewodniczącego Gminy Żydowskiej w Drohobyczu Maurycego Weissa. Obok jego maleńkiej postaci, podtrzymując furkoczące na wietrze kartki z tekstem kadyszu w trzech językach, stał katolicki ksiądz z tutejszej parafii. Był więc później i „Wieczny odpoczynek”…
Drohobycka Międzynarodowa Konferencja zwołana była pod hasłem „Recepcja twórczości Brunona Schulza na początku nowego tysiąclecia”. Myślę, że dałoby się wychwycić wspólny rys przedstawionych referatów: dominowała tu optyka syntetyzująca. Wiele było wystąpień, które w skrócie nazwać można próbami prześwietlenia całości dorobku Schulza z założonej perspektywy. Wiąże się z tym brak znaczących faktograficznych dopowiedzeń, nie znanych dotąd marginaliów i gloss rozświetlających tajemnice. Czyżby należałoby już zrezygnować, nie czekać na nic więcej, ponad to, co znamy? Łatwiej byłoby może się z tym pogodzić w przypadku twórcy, dla którego spuścizny XX-wieczna historia była łaskawsza. A może przemawia przeze mnie nieuzasadniony zupełnie apetyt, rozbudzony przez odkrycia Geisslerów z tzw. Willi Landaua? Schulzologia skazana zatem „tylko” na interpretacje? Czas pokaże, dziś jedynie potwierdza się sąd o specyficznej własności twórczości Schulza. Swego czasu Jerzy Jarzębski pisał, że jest ona „niezwykle jednolita, jak gdyby z jednej bryły wyciosana, i mówić o niej można tylko mając wszystkie te opowieści na raz przed oczyma”.
Mówiono zatem o etyce u Schulza (prof. Leonid Sołowiej) i o jego arystotelesowskich prowiniencjach (prof. Anna Żuk), o semazjologii i socjologii jego obrazu artystycznego (prof. Walentyn Wandyszew i symbolice słowa schulzowskiego (prof. Tatian Biłenko). Dzieło Bruno Schulza Tatiana Czonka porównała z innym klasykiem światowej literatury: Władimirem Nabokovem.
Ważny i stale powracający wątek konferencji obejmował rozważania na temat współczesnych metodologicznych szans schulzologii. W referacie otwierającym obrady prof. Mieczysław Dąbrowski zasygnalizował trzy z możliwych otwarć dzieła: wokół postmodernistycznej opozycji sacrum-profanum, zagadnienia schulzowskiej kobiety (negatywne-pozytywne wartościowanie płci) i dystansu narracji. Także i drugi gość z Warszawy, prof. Hanna Gosk zadawała pytania o włączenie prozy Schulza do modernistycznego dyskursu, przywołując kategorie ironii, czy mówiąc o podmiotowości, niezależności, wyobcowaniu ciała. Dr Wiera Meniok określiła tekst Schulza jako niezbędne połączenie energii kreatywnych i interpretacyjnych autora.
Maria Karalus mówiła o wizjach muzycznych w twórczości Schulza. Nie był to zresztą jedyny referat poświęcony (istotnym w przypadku drohobyckiego artysty) zagadnieniom interdyscyplinarności sztuk. Pokrewieństwa literatury i plastyki badała Olga Czajkowska. Usystematyzowaniem wiedzy o mniej znanym, krytycznoliterackim obliczu Bruno Schulza zajął się prof. Michał Szałata. O znaczeniu kluczowej dla recepcji dzieła postaci Jerzego Ficowskiego mówiła prof. Ludmiła Krasnowa. Pisałem tutaj o apetycie na schulzowskie tajemnice. Plon konferencji drohobyckiej sesji każe przypuszczać, że taką bardzo obiecującą dziedziną eksploracji jest zagadnienie wielokulturowości – kontekstu, w którym dzieło Schulza zanurzone jest od swojego powstania do dziś. Wystąpienia prof. Marka Golberga (Pogranicze. Wdzięczność. Przestroga) i prof. Evy-Marii Langner, oraz tekst przysłany przez dr Dorę Kacnelson (Bruno Schulz w drohobyckim środowisku żydowskim) opierały się na – niewątpliwie słusznym – przekonaniu, że bez zrozumienia fenomenu środowiska, żydowsko-polsko-niemiecko-ukraińskiego stopu, który ukształtował „Schulza lokalnego” nie dotrzemy skutecznie do „Schulza światowego”, klasyka współczesnej literatury. Także i prof. Aleksander Kozarenko w zaskakujący sposób porównując dzieło Bruna z twórczością innego – urodzonego w tych stronach – klasyka Leopolda fon Zacher-Mazocha, podkreślił znaczenie
kontekstu ukraińsko-żydowskiego pogranicza kulturowego.
Ogół wydarzeń pomiędzy 18 i 21 listopada trudno byłoby zatem zamknąć w zbyt mało pojemnej – w tym przypadku – formule naukowej konferencji. Aula dawnego Gimnazjum
im. Władysława Jagiełły zaskakiwała różnorodnością swych przemian i odmiennością znaczeń. Miejsce obrad w mgnieniu oka zmieniało się więc w salę koncertową, goszczącą występy młodych wirtuozów muzyki klasycznej i baletu, chórzystów – czy wreszcie ukraińską kapelę rockową. Hermetyczny krąg polonistyczny rozszerzał się poprzez obecność sporej publiczności ukraińskiej i polonijnej, ożywiającej w widoczny sposób atmosferę. Może był to też jeden z istotniejszych sensów wydarzenia – sens spotkania i dialogu. Muzyczny dialog trzech kultur oraz kultury wysokiej i ludowej w doskonały sposób odzwierciedlał się na widowni.
Od pierwszej chwili uderzający był szczególny rodzaj porozumienia tej czwórjęzycznej humanistycznej Wieży Babel. Dogadywano się po ukraińsku, niemiecku, rosyjsku i po polsku, zresztą podział językowy był tylko jednym z wielu, obok granic kulturowych czy chociażby pokoleniowych. Efektem – spójny i jednolity (o dziwo!) dyskurs. Istotną zaś jego częścią – obok tematów schulzowskich – była niewypowiedziana wprost kwestia definicji własnej tożsamości.
Taka postawa wielokrotnie dawała o sobie znać także i w oficjalnych wystąpieniach: Rektora drohobyckiego Uniwersytetu prof. Walerego Skotnego i Konsula Generalnego RP we Lwowie Krzysztofa Sawickiego. Potwierdzeniem może być i symboliczny gest pana Floriana Dmytrowskiego, który na ręce organizatorów konferencji przekazał, w imieniu Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Drohobyckiej egzemplarz „Pana Tadeusza”. Książka, wydana w 1934 roku w ukraińskim tłumaczeniu Maksyma Rylskiego była niegdyś własnością jego ojca.
Była jedna postać, której imienia (o ile mi wiadomo) nikt w Drohobyczu nie wspomniał, a której duch krążył w tych dniach uparcie po okolicy. Myślę tu o Jerzym Giedroyciu.
Źródło: „Akcent” 2003 nr 1-2