Pierwsza odsłona zaskakuje – stroma pochyłość łąki, na niej szereg zagadkowych postaci. Zaczynają śpiewać, do wtóru piosenki dyrygującej, siedzącej tyłem do widowni, drobnej czarnowłosej dziewczyny. Dziwnie piękny, nieporadny chór głosów urywa się, na scenie pojawia się postać w czarnym skórzanym płaszczu. Gdy dojdzie między nimi do bezsłownego starcia, gdy popatrzą sobie w oczy, a on zatrzyma w uścisku jej rękę – powstrzymując może próbę uderzenia? – już wiemy kto tu będzie Ofelią (Monika Domejko), i Hamletem (Jacek Król). Zsuwając się po nierealnym, jasnozielonym, gładkim stoku, książę znika, a my zaczynamy rościć sobie prawo do dalszego ciągu tej opowieści, rozgrywanego w napięciu pomiędzy zagrożeniem, rozpaczą a niepewnym przeczuciem innego, lepszego świata.
Gdyby obietnica ta została spełniona! Niestety, jeszcze przed pierwszym spojrzeniem na scenę raczy się nas bombastycznymi fanfarami, jak z drugorzędnej wojennej produkcji. I właśnie ten przerysowany ton, patetyzmu o kilka pięter za wysoko, który ma powalić na kolana i zdruzgotać wszystkich biednych szaraczków przybyłych „na Szekspira”, dominuje przez cały wieczór. Niestety, głównie w grze aktorskiej. Czy aby pokazać skrajne emocje koniecznie trzeba co jakiś czas padać na ziemię, wijąc się – a wygłaszając swoje kwestie co i rusz zahaczać o drażniący chrypliwy rejestr? Gładka i beznamiętna deklamacja może i nie jest w przypadku szekspirowskich tragedii wskazana, jednak zdecydowany nadmiar ekspresji równie skutecznie potrafi znużyć przeciwnika, przepraszam – widza. Po występie aktorskiej trupy, odgrywającej sławetną tragedię „Morderstwo Gonzagi”, z komicznym wdziękiem usiłującej olśnić królewską parę wygibasów chciałoby się zakrzyknąć – oto jest szansa! Może warto pójść na całość, i zagrać całego „Hamleta” w taki właśnie sposób? Przynajmniej nie byłoby wtedy tak śmiertelnie na poważnie, tak strasznie i groźnie, że czasami aż pusty śmiech chwyta za gardło. A niestety – chwyta, np. w finałowej scenie pojedynku, albo gdy z offu strasznym głosem straszy Hamleta Duch (co można naocznie stwierdzić po mimice twarzy straszonego), oraz w chwili kiedy rażony apopleksją Klaudiusz (Henryk Sobiechart) po obejrzeniu wzmiankowanego wyżej prowokacyjnego przedstawienia, charcząc i wytrzeszczając oczy upada na kolana.
Dlaczego „tragicy stołeczni” zjechali na gościnne występy do Elsynoru? Ostatnio nie wiodło im się najlepiej. Nic to, że „pracują jak dawniej, dotrzymują kroku” – wyjaśnia Rosenkrantz. „Ale inni są dzisiaj w modzie: młodzi krzykacze, żarłoczne pisklęta, które drą się najgłośniej i zagłuszają innych. Ci mają wyłączny poklask.” „I zwyciężyli gówniarze?” – zapytuje dobitnie Hamlet (z naciskiem na „gówniarze”). „Tak książę!”. Może to zbyt daleko idące przypuszczenie – ale czy nie brzmi to jak wykorzystanie Szekspira do jak najaktualniejszej dziś polemiki życia teatralnego? Kolejny głos z chóru ubolewającego nad inwazją „gówniarzy” – barbarzyńców, brutalistów i postmoderny? Lubelski „Hamlet” – z aluzjami czy bez – zmusza jednak do postawienia kilku pytań. A może z faktu opanowania przez „młodych krzykaczy” pewnej części polskiego teatru wypływają jakieś wnioski? Może misja teatru z pełnym szacunkiem dla autora, pozwalającego sobie najwyżej na leciutki sztafaż współczesny, wcale nie musi oznaczać rozpaczliwego ukrywania się za plecami autora jak za murem obronnym? Czy przypadkiem występujący w słusznej sprawie nie wyświadczają Szekspirowi (w tym przypadku) niedźwiedziej przysługi? Zbyt często kończy się na złudzeniach, że tenże dramat, po prostu wydeklamowany ze sceny, z pewną dawką ilustracyjnego gestu – odpowie na wszystkie pytania. Nic dziwnego, że w takiej manierze przyrządzane spektakle nie są w stanie wywołać żywszej reakcji. Oprócz – oczywiście – pełnej prowincjonalnego blichtru otoczki wielce kulturalnego wydarzenia. Można się zgodzić z poglądem, że Szekspir naprawdę nie potrzebuje nachalnego uwspółcześniania i ostrej interpretacji. Problem w tym, żeby dać widzom cokolwiek – zamiast zasłony dymnej. Tajemnica życia tego niezwykłego dramatu polega być może na idealnym wyważeniu proporcji, precyzyjnym niedopowiadaniu. Słowami swoich postaci snuje Szekspir dowolną ilość historii. „Hamlet” wypuszczony na scenę domaga się wyboru którejkolwiek z nich. Niestety – lubelska realizacja obnaża, eufemistycznie mówiąc – niedostatki reżyserskiej koncepcji. Niezdecydowanie, chęć powiedzenia jednocześnie o wszystkim, o rodzinnym nieszczęściu, zbrodni i zemście, niewytłumaczalnej depresji, krzywdzie czynionej ukochanej osobie, zakłamaniu publicznego życia, politycznym prawie dżungli, etc. – zbyt łatwo zamienia się w deklamowanie frazesów o niczym.
Hamlet w czarnym T-shircie i skórzanym płaszczu, kreowany na rodzaj Evrymana przed trzydziestką, sam nie jest w stanie udźwignąć którejś z szekspirowskich potencjalności. Poprzestaje na bezradnej szamotaninie, odbijając się od partnerów niczym piłka od ściany. Gesty i słowa, także te skierowane do Ofelii i Horacego, wydają się puste. Czasem, na chwilę, pojawia się w nich cień relacji. Tak jak w zagranym bez słów, wyrazistym prologu. Albo w jednej z sekwencji histerycznego niemal ataku na Ofelię, kiedy leżą blisko siebie przez chwilę, już od tej chwili obcy sobie, skurczeni w pełnym świetle reflektorów, na słonecznej łące.
\
Głównie jednak dominuje tu ton wściekłej frustracji, autystyczna w istocie gadatliwość. Pełna nieufności, wrogości, głównie jednak – obojętności. Niestety, ta obojętność może udzielać się widowni. Przynajmniej mi się udzieliła. Szkoda, gdyż po wyjściu z teatru coś jednak – poza łąką – w wyobraźni pozostaje. Chociażby scena w sypialni, kiedy Hamlet widząc bezbronnego, złamanego, modlącego się ojczyma-mordercę, nie chce skorzystać z nadarzającej się okazji do zemsty. Przypada do niego, przytula się niemal w miłosnym uścisku, jednocześnie z nienawiścią wypowiadając obawę, że zbrodniarz zabity podczas modlitwy – pójdzie do nieba. Trzyma w ramionach człowieka, którego chce i nie może zabić, bezwolnego, może w tej jednej chwili skruszonego i oczekującego na zasłużoną karę. Może jest to ta jedna chwila, w której jeszcze zatrzymać można sterującą tym światem logikę zła?
W pamięci pozostają również i młodej Ofelii sukcesy w grze z tajemnicą. Jedyna to w spektaklu rola, w której wraz z przebiegiem wydarzeń wyczuwa się wewnętrzną przemianę, napięcie prowadzące postać. Od beztroskiego, perlistego śmiechu zakochanej – do sceny szaleństwa, zagranej jako dziwna gra w wyimaginowane dziecięce klasy, z podskokami na jednej nodze. Ofelia Moniki Domejko to głupiutkie dziewczę, które obdarzone jest jednak niewidocznym stygmatem – wrażliwością na inną rzeczywistość. Mimo zaangażowania w pałacową intrygę cały czas pozostaje na zewnątrz, jakby z boku. Nie przypadkiem to właśnie jej towarzyszy chór – milczący obserwator stopniowo spełniającego się koszmaru. A może innego, duchowego świata wcale tutaj nie ma, a wrażliwość Ofelii jest zwykłym nieprzystosowaniem, wadą, zalążkiem obłędu? Od prologu, gdy okrywa się, wtula w porzucony przez księcia czarny płaszcz, nosi w sobie przeczucie nieodwracalności zdarzeń. Czy i fascynację destrukcją, wybór szaleństwa i śmierci?
Niestety, to zaledwie zarys „Hamleta”, wyłaniający się z co żywszych fragmentów lubelskiego przedstawienia. Broni się pomysł zaproszenia do spektaklu niepełnosprawnych uczestników warsztatów teatroterapii, prowadzonych przy teatrze im. Osterwy przez Marię Pietruszę-Budzyńską. Obecność tajemniczej grupki, pojawiającej się w finale na samym szczycie pochylni, sygnalizuje inny, szerszy horyzont, dystans z którego popatrzeć możemy na ten nasz z pozoru normalny świat. Do udanych zaliczyć trzeba także scenograficzne rozwiązanie Marka Brauna, który jednym pomysłem (jasnozielona pochylnia łąki) optymalnie „rozpracował” niewielką przecież scenę. Błyski te giną jednak w morzu fabularnej poprawności. Młodość i świeżość, czy też wdzięczna nieporadność naturszczyków, chociaż wyraźnie odróżniają się od rutyniarstwa, nie są rzecz jasna w stanie udźwignąć całego przedstawienia. Zespół i reżyser przeprowadzają publiczność – jak za rączkę – przez tą, dosyć znaną przecież historię. Grane to jest na jednej strunie: dranie od początku do końca są draniami, głupcy – głupcami, szpiedzy wykazują odpowiedni stopień dwulicowości, a grabarze – zapijaczenia i cynizmu. Wyspiański przy okazji „Hamleta” pisał o postaci Fortynbrasa, że jest tak płaska, jak wycięta z tektury – tu chorobą „tekturowości” zaraził się prawie cały zespół.
Pozostaje jeszcze zastanowić się nad ciężarem reżyserskiej puenty. Kiedy już wszyscy solidarnie i spektakularnie umierają na naszych oczach, władzę przejmuje Fortynbras. Żadna niespodzianka – może dlatego umyślono postawić go na czele wojska w uniformach jednoznacznie kojarzących się z mundurami polskiego kontyngentu w Iraku? Przyznam, że nie do końca rozumiem tu intencje Krzysztofa Babickiego. Jakoś to wszystko nie trzyma się przysłowiowej kupy. Rzecz cała wygląda raczej na powierzchowny chwyt, mrugnięcie okiem do widza. Na spektakl pacyfistyczny ten „Hamlet” jednak nie wygląda, biorąc pod uwagę poprzedzające wejście Fortynbrasa półtorej godziny. Fakt, że bieguny dobra i zła w tym akurat przypadku nie są zbyt wyraziście spolaryzowane, w połączeniu z faktem, że ostatnio to Polska najeżdża, a nie Polskę najeżdżają, interpretacji pomysłu bynajmniej nie ułatwia. Ta ciekawa i znacząca zamiana ról, z chronicznie najeżdżanego na najeźdźcę, może i mogłaby stać się pretekstem do wykrojenia z „Hamleta” sztuki o przejęciu władzy. Ale – jest to już teoria Wielkiego Inaczej.
„Hamlet”, Teatr im. Osterwy, Lublin
premiera: 20 listopada 2004
przekład – Jerzy S. Sito
Opracowanie tekstu i reżyseria – Krzysztof Babicki
Scenografia – Marek Braun
Kostiumy – Barbara Wołosiuk
Muzyka – Marek Kuczyński
Tekst opublikowany na: skant.umcs.lublin.pl