Teatr Klasyki Polskiej, na razie obywając się bez siedziby i bez etatów, zaczął od Fredry i poprawił Mrożkiem. Trzymam kciuki. Nawet pomimo tego nieszczęsnego Niemcewicza.
„Naszym celem jest utrzymanie w repertuarze co najmniej kilkunastu najwybitniejszych sztuk klasyki polskiej” – deklarują twórcy Teatru Klasyki Polskiej. Teatr, prowadzony przez Fundację Muza Dei, wystawił właśnie swoją czwartą premierę: ni mniej, ni więcej, tylko „Powrót posła” Juliana Ursyna Niemcewicza. Wcześniej były Fredrowskie „Zemsta” i „Dożywocie”, i z innego nieco klucza – „Vatzlav” Sławomira Mrożka.
Teatr ten „powstaje z etosu polskiej inteligencji – jej odpowiedzialności za narodową kulturę i edukację, stanowiącą o trwałym systemie wartości i ciągłości pokoleń budujących narodową wspólnotę”. A dlaczego klasyka? „By bunt przeciw klasyce czy polemika z nią były zrozumiałe, potrzebna jest jej stała obecność”. Tyle zapowiedzi ideowe. Założyciele teatru (m.in. Jarosław Gajewski, Michał Chorosiński), używając tego słowa na „e”, wysoko ustawili poprzeczkę… Choć przecież z czego, jeśli nie z etosu, z odpowiedzialności i z poglądów wobec własnych klasyków, powinno się tworzyć teatr? Ale czas nie jest po temu. Już od dawna nie jest. Mija ponad dekada, od kiedy jedna z czołowych reżyserek progresywnych, Weronika Szczawińska, wystawiła „Zemstę” tylko po to, by ostatecznie tekst skompromitować, wyrażając przy tym nadzieję, że będzie to ostatnia „Zemsta” w polskim teatrze. Oczywiście – nie była, a Teatr Klasyki Polskiej, na razie obywając się bez siedziby i bez etatów, zaczął właśnie od Fredry i poprawił Mrożkiem. Trzymam kciuki. Nawet pomimo tego nieszczęsnego Niemcewicza. No właśnie. Wzorcowa polska oświeceniowa komedia polityczna została przypomniana w 230. rocznicę prapremiery, wystawiona w gościnnych wnętrzach Teatru Stanisławowskiego w Starej Pomarańczarni. Niestety, od razu muszę zdementować piękną legendę rozpowszechnianą przez organizatorów: ani data dzienna, ani miejsce nie było to samo. Datę łatwo sprawdzić, z miejscem trudniej. Teatr Narodowy, gdzie w 1791 r. chwalono posłów tymi słowy: „Walczą wszystkie przeszkody gorliwą robotą / idąc przykładem króla i własną swą cnotą”, a „Najjaśniejszy Pan, oświadczając ukłonem z loży podziękowanie dla powszechności, okazał, iż umie ocenić pochwały i przywiązanie narodu”, mieścił się jednak gdzie indziej – przy placu Krasińskich.

I tak to właśnie z gestami powrotu i powtórzeniami bywa. Ryzykowne to zajęcie. Okazało się, że ten „Powrót posła” wystawiono w Teatrze Klasyki Polskiej po to, by się przekonać, z jaką skalą trudności mamy do czynienia, głębiej wchodząc w tradycję. Ciężko się płynie wbrew nurtowi czasu, ciężko się odczarowuje awangardowe, modernistyczne, wreszcie romantyczne tradycje. Literatura teatralna z przełomu baroku i oświecenia to ziemia obca i nieprzyjazna dla aktorów, zmusza do własnej odpowiedzi, do inwencji. Nie da się przecież grać tamtymi konwencjami estetycznymi wprost. W dodatku to teatr zrobiony z typowości, antypsychologiczny i z pretekstową fabułką naprędce skleconą tylko po to, by udźwignęła program polityczny Hugona Kołłątaja. Reżyserię powierzono Tomaszowi Manowi, który powinien mieć na to jakiś pomysł, ale najwyraźniej nie miał. W finale co prawda oglądamy coś na kształt komentarza reżyserskiego – cała obsada rusza w tan, co ma być może symbolizować narodową zgodę, zawarcie paktu szlachty z emancypującym się właśnie ludem.
W dzisiejszej sytuacji niewiele to jednak znaczy, bo kontekst historyczny całkowicie wyparował. Zostały frazesy, dowcipy sceniczne i porządne sceniczne rzemiosło. Pałeczkę interpretacji przejął charyzmatyczny duet aktorski: Starosta Gadulski (Jarosław Gajewski) i Starościna (Lidia Sadowa). I okazało się, że „Powrót posła” tak naprawdę jest o toksycznym związku alkoholika-konserwatysty (co zgodne z tekstem) z krewką erotomanką (a to chyba niekoniecznie…). A „Powrót posła” chyba jednak nie o tym, to przecież wzorcowy przykład, jak się robi w teatrze propagandę polityczną, i bodaj pierwsza premiera teatralna, o której dyskutowano w polskim parlamencie. Niezwykle ciekawa historia. Ale o tym wiemy na przykład od Zbyszewskiego, ze skandalizującej książki „Niemcewicz od przodu i tyłu”, a nie ze sceny – tak więc szkoda, zmarnowana okazja na opowiedzenie dramatyzmu tamtego roku 1791. Jak najsłuszniej powiada Zbyszewski: „Parodia wypadła dużo udatniej od apoteozy, podobnie jak występek jest zawsze ciekawszy od cnoty”. Dlatego nie wińmy tu odtwórców ról pozytywnych, najlepszy by poległ. Wychodzenie na scenę w historycznym kostiumie po to, by odegrać amanta, amantkę, szlachetnego obywatela ziemskiego, prostoduszną pokojówkę czy lokaja, jest dziś wysoce perwersyjne, a nawet – nudne.
Julian Ursyn Niemcewicz, „Powrót posła”
Teatr Klasyki Polskiej
reżyseria: Tomasz Man
Premiera: 4 listopada 2021
Źródło: „Do Rzeczy” 2021 nr 47
.