Wchodzimy do cyrkowego namiotu rozstawionego na lubelskim Placu Litewskim, gdzie odbywają się niektóre spośród prezentacji tegorocznej, czwartej edycji Festiwalu Teatrów Europy Środkowej Sąsiedzi. Nad miejscem gry na wiszącym w powietrzu staroświeckim rowerze zawzięcie pedałuje dziewczyna (Linnea Happonen), ubrana w płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze. Obok, usadzony na podeście nostalgicznie przygrywa duet kontrabasu i skrzypiec. Rowerzystka rozpędza się, „mija” filiżankę, potem jeszcze kilka… (w najprostszym teatralnym tricku, to filiżanki połączone sznurkami jadą po ziemi, a rower kołysze się w miejscu), w końcu na jej „trasie” pojawia się taca, na niej filiżanka, imbryk. Na tym przystanku należy wysiąść. Łyk herbatki sprawia, że dziewczyna zapada w sen. A może umiera?
„The Mad Cup of Tea”
W tym świecie karty rozdaje zdziwaczały barman, wielbiciel porcelany o hiszpańskim typie urody (Pau Zabaleta), pan swojego królestwa – wypełnionego spodkami i filiżankami barku. Dziewczyna zeskakuje na ziemię, i odtąd historia ta rozgrywa się wokół tematu trudności komunikacyjnych, niemożliwego spotkania dwóch, odrębnych wrażliwości. Szafarzowi herbaty najwyraźniej chodzi o to, że prawdziwie piękna kobieta powinna być przystrojona w filiżankę. Stawia ją na głowie dziewczyny, kolejną wiesza na uchu. Ale porcelana, strącona nieuważnym ruchem, spada na ziemię. Dla niej znaczy to niewiele, tyle co wzruszenie ramion. Dla niego – wręcz przeciwnie, obelga nie do zniesienia. Następuje próba zażegnania tego i szeregu podobnych nieporozumień – wspólne tango. Na filiżankach, przesuwanych po ziemi, pod jej stopami obutymi w kalosze. Pełne lekkości, humoru i gracji. Bez filiżanek nie da się go powtórzyć. Bez filiżanek nie ma porozumienia. Jednak ta krucha więź okazuje się niewystarczająca. Nie można dalej wyśnić wspólnego snu, nie ma wyjścia z kręgów własnej samotności: z jego tańca wśród rozstawionych na podłodze, mnożących się prawie w nieskończoność filiżanek, z jej trapezu, z wysokości którego gra na akordeonie. Po bardzo teatralnym, cyrkowym samobójstwie dziewczyny następuje finał, próba odwrócenia biegu zdarzeń, gdy mężczyzna wprawia w ruch rower, pedałując do tyłu, a w ciemności zamiast rowerowego reflektora świeci filiżanka…
Skradzione owacje
Praski teatr niezależny Krepsko powstał w roku 2001, kiedy spotkali się studiująca w praskiej akademii lalkowej Finka Linnea Happonen i aktor, reżyser, light-designer Petr Lorenc. Pierwsze występy Krepska były w całości improwizowane, z wykorzystaniem lalek i technik pantomimicznych. Stopniowo na bazie licznych improwizacji pokazywanych na teatralnych i tanecznych festiwalach krystalizuje się styl grupy, powstają domknięte, coraz bardziej rozbudowane spektakle. W krótkim czasie, w ciągu dwóch lat, działalność Krepska nabiera tempa, zespół występuje rocznie 60-70 razy, z tej liczby połowa – to wyjazdy zagraniczne, także poza Europę. Od początku swoje produkcje artyści finansują sami, a poniesione nakłady zwracają się im dopiero w trakcie eksploatacji spektakli. Wokół dwójki założycieli skupia się dobierany do konkretnych projektów, kilkuosobowy, zazwyczaj międzynarodowy zespół. Poprawia się też sytuacja finansowa teatru, pojawiają się propozycje koprodukcji, czy wsparcie ze strony fundacji, a nawet czeskiego Ministra Kultury. W Pradze Teatr Krepsko znajduje swój dom w eksperymentalnym centrum NoD, gdzie pomimo częstych wyjazdów stara się grać regularnie, przynajmniej w miesięcznych odstępach. W teatralnym świecie Czech Krepsko zasłynęło także za sprawą jednej, spektakularnej akcji. W 2005 roku Petr Lorenc wspólnie ze studiującym film dokumentalny na FAMU Vítem Klusákiem i zespołem Krepska wykonują prowokacyjny happening w praskim Národním divadle. Po spektaklu „Lucerna” czeskiego gwiazdora Alexeja Pyško ukryci za kulisami wychodzą do oklasków, dokonując ich symbolicznej kradzieży, ale i zarazem dążąc do zwrócenia uwagi opinii publicznej na niedofinansowanie olbrzymiej, bardzo produktywnej sfery czeskiej alternatywy teatralnej. Tuż po akcji wezwana zostaje policja, na zapleczu Teatru Narodowego wybucha awantura. Wszystkie te ekscesy artyści rejestrują ukrytymi kamerami, z tych zdjęć powstanie film dokumentalny „Ukradené Ovace”, zrealizowany przez Lorenca i Víta Klusáka. Nie była to zresztą pierwsza tego typu akcja w wykonaniu Lorenca. W roku 1997 rozdał on kilka tysięcy plakatów reklamujących nieistniejący hipermarket GIGADIGA. Uroczystość otwarcia odbyła się na pustej łące, gdzie Petr ustawił banner z napisem: „Lepiej pójść na spacer do lasu”. To właśnie ten happening był źródłem pomysłu znanego, pokazywanego także w Polsce dokumentu-prowokacji „Czeski sen”, stworzonego w 2004 roku przez Víta Klusáka i Filipa Remunda.
Sąsiedzkie powroty
Chociaż Krepsko bywał w ostatnich latach dość częstym gościem polskich festiwali, to z lubelskimi Sąsiadami łączy go dziwna więź. To właśnie praski zespół otwierał w roku 2006 pierwszą edycję Sąsiadów, kiedy jeszcze za bardzo nie było wiadomo, co właściwie z tego całego festiwalowego zamieszania wyniknie. Duet założycieli Krepska, Czech i Finka, Linnea Happonen i Petr Lorenc, zagrał wtedy na lubelskiej Starówce pierwszy w historii grupy spektakl – kameralną, uliczną miniaturkę „Kenkä”. Dzień później Krepsko już w teatralnej Sali Nowej pokazało pełnowymiarową produkcję – „Najmniejszą kobietę świata”. I potem nastąpił ten feralny powrót, podczas którego samochód Czechów gdzieś pod Opolem uległ wypadkowi, w którym zginął Petr Lorenc, smutny klown z „Kenki”… W nomadycznym stylu życia niewielkich alternatywnych kompanii takie odejścia zdarzają się wcale nierzadko. Linnea powie później w jednym z wywiadów, że kontynuacja działalności Krepska była po tej stracie decyzją oczywistą, i że takie było życzenie samego Petra. Po kilku miesiącach przerwy zespół wznowił pokazy. Na Sąsiadach wystąpił jeszcze dwukrotnie, na drugiej i ostatnio, na czwartej edycji. W 2007 roku z monodramem Happonen „Fragile”, i po rocznej przerwie – z „The Mad Cup of Tea”, jednym ze starszych spektakli Krepska, współtworzonym jeszcze przez Petra. To właśnie on stworzył postać „hiszpańskiego” herbaciarza (w odnowionej wersji odziedziczona przez rodowitego Hiszpana, Pau’a Zabaletę).
Światło przedmiotu
W każdym spektaklu Krepska Petr Lorenc odpowiadał za reżyserię świateł. „Oświetlenie jest często kluczowym elementem pracy w Krepsko. Tworzy złudzenia, daje magię przedmiotom” – mówiła w wywiadzie z 2007 roku Linnea. Stwierdzenia być może banalne, jednak przyy próbie zrozumienia typu teatru uprawianego przez Krepsko mają swoją wartość. Praska kompania tworzy swoje historie właśnie w obecności realnych rekwizytów życia codziennego, to one uruchamiają szeregi metaforycznych sytuacji, oferują motywacje dziwacznym bohaterom zaludniającym scenę. Światło, motywy muzyczne, gra z przedmiotami, z krzątaniną, której się domagają, wszystko to w udany sposób zastępuje słowa, nieobecne zazwyczaj w spektaklach Krepska. Linnea Happonen, główna reżyserka grupy, buduje świat utkany z rzeczy, z detali, teatr-miniaturę, skoncentrowany na stopniowym potęgowaniu, gromadzeniu staroświeckich przedmiotów, kolekcji: szkła, bibelotów, zabawek. W tych mikrokosmosach rzeczy tkwią samotni ludzie, nie potrafią wyjść ze schronień, które sami zbudowali. Happonen nie boi się prostoty środków i banalnych tematów, a także – powrotów do stałych wątków, krążenia wokół motywu samotności i niezrealizowanej miłości. Realizuje w ciągle nowych wariantach teatralną odmianę historii znanej choćby z filmu Jean-Pierre’a Jeuneta „Amelia”. Takimi wariantami są właśnie wszystkie cztery spektakle zagrane na Sąsiadach, „Najmniejsza kobieta świata”, w której tytułowa bohaterka stopniowo zmniejsza się, aż do zniknięcia, „Kenkä” i etiuda „Fragile”, króciutki, może półgodzinny szkic zainspirowany postacią Laury ze „Szklanej menażerii” Tennessee Williamsa, kolejna bezsłowna opowieść Krepska o samotności wśród pięknych przedmiotów (tym razem wśród szklanych figurek). Za ogranymi motywami nieudanej miłości, za prostotą środków, pozorną łatwością rozwiązań – kryje się niełatwy do rozpoznania urok poetyki Krepska. Ten teatr nie obiecuje zbyt wiele, może nawet rozczarowywać, ale w jakiejś niepojętej kontrabandzie, w prostych etiudach przemyca momenty istotne, i to wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy.
Tą krótką historię o koincydencji zespołu i festiwalu można jeszcze tylko uzupełnić o pewien szczegół. Poetyka Krepska oscyluje pomiędzy dwoma biegunami. Z jednej strony – regiony czarnego, absurdalnego humoru, z drugiej – „poetycka zabawa”, metafizyczna klaunada. Tak jakoś dziwnie się złożyło, że każdy ze spektakli pokazanych w Lublinie na Sąsiadach zaliczał się zdecydowanie do tego drugiego, raczej poetyckiego niż pure-nonsensownego nurtu. I każdy z nich opowiadał tą jedną, wciąż tą samą historię o spotkaniu, wyminięciu się, rozstaniu, odchodzeniu, o braku lekarstwa na te wszystkie nieuchronne przypadłości życia.
Źródło: „Teatr” 2009 nr 10