kondrasiuk

Evergreen w Teatrze Komedia

Cieplak chwilowo odpoczywa od Słowackich, Szekspirów i – ostatnio w Teatrze Narodowym – Beckettów

[śp. Piotr Cieplak – RIP – GK, 28.02.2026]

„Czego nie widać” jest bodaj najlepszą w ogóle sztuką opartą na motywie teatru w teatrze, wytrzymującą konkurencję nawet i z Szekspirem.

Warszawski teatr Komedia przechodzi ostatnio tzw. rebranding, próbując nieco uszlachetnić rozrywkowy teatralny standard. Obecnie opiera się on na dwóch filarach. Po pierwsze, od wieków stara sprawdzona farsa, z obowiązkowym „pieprzykiem”. Po drugie, i to jest pewna nowość jak na normy wielowiekowej instytucji, stand-up lub jego elementy w wersji teatralizowanej. Oba te formaty nie należą, eufemistycznie mówiąc, do szczególnie wyrafinowanych. Stąd poszukiwania rozwiązań pośrednich, a wśród nich – całkiem niezły, bo sprawdzony pomysł sięgnięcia po najlepszą literaturę komediową.

I taka zapewne myśl przyświecała nowej dyrekcji teatru Komedia, która skorzystała z evergreena w postaci słynnej sztuki Michaela Frayna „Czego nie widać”. Rzecz na poziomie scenariusza jest tak dobrze wymyślona i napisana, że zawsze zastanawiam się, co właściwie na afiszu robi tu reżyser. W tym przypadku pierwszorzędny – Piotr Cieplak, dla którego był to chwilowy odpoczynek od Słowackich, Szekspirów i – ostatnio w Teatrze Narodowym – Beckettów.

Ta trzyczęściowa sztuka opiera się na genialnym w swej prostocie pomyśle: oto dość przypadkowa zbieranina aktorów dla zarobku wystawia szmirowate sztuczydło komediowe. Pierwsza część to próba generalna, druga – jeden ze spektakli kończących tournee, trzecia – spektakl ostatni. Nie byłoby z tego jeszcze sprawy, gdyby nie sprawki rozgrywające się za kulisami, które – jak to często w teatrze bywa – są znacznie ciekawsze od wydarzeń scenicznych. I tak obserwujemy, a właściwie podglądamy, jak się robi podrzędny teatr – najpierw od frontu, a potem z odwróconej perspektywy, na tle tyłu dekoracji. A ponieważ każdy z tej trupy dźwiga swój mały, groteskowy tragizm, ujawniający się w trakcie objazdu po prowincji serią konfliktów, kłamstw, zdrad i alkoholowych ekscesów, obserwujemy świetnie napisany, za pomocą dialogów i didaskaliów, rozpad spektaklu, na granicy absolutnej kompromitacji i żenady, wraz z rozpaczliwymi próbami ratowania tej katastrofy. „Czego nie widać” jest bodaj najlepszą w ogóle sztuką opartą na motywie teatru w teatrze, wytrzymującą konkurencję nawet i z Szekspirem, a komediowa forma zdradziecko przykrywa bardzo poważne treści, łącznie z radykalnym poczuciem absurdu życia, na której to filozofii zdaje się jest oparta. A przy tym jest zabójczo śmieszna. Stąd właśnie wątpliwości, czy reżyser ze swoimi dodatkowymi inscenizacyjnymi sztuczkami i subiektywnymi pomysłami jest tutaj w ogóle potrzebny.

Tym razem zostały rozwiane, ponieważ zabawki reżyserskie, destrukcyjne dla wymowy tekstu, nie zostały tu nadużyte. Do niesamowitego w swojej kulminacyjnej, boskiej głupocie finału Cieplak – za pomocą delikatnych akcentów w obrazku scenicznym – dodał kilka egzystencjalnych pytań. I to wystarcza. A wcześniej całe sceniczne terytorium zostało oddane – tak jak powinno być – aktorom. Dobrze zrobiona obsada (którą należałoby w tym miejscu wymienić w całości) szarżuje i pastiszuje dokładnie tak, jak tutaj szarżować trzeba, i jest tak jak trzeba szamocząca się, nieporadna, żałosna i godna współczucia na bazowym, ogólnoludzkim poziomie.

Juliusz Osterwa wyliczył kiedyś kilkanaście rodzajów śmiechu na widowni, a wśród nich śmiech serdeczny i oczyszczający oraz rechot. Właśnie rechotu w tym przypadku na wypełnionej po brzegu widowni teatru Komedia nie słyszałem.

„Czego nie widać” Michaela Frayna w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Komedia w Warszawie
Premiera: 23 lutego 2024

Źródło: „Do Rzeczy” 2024 nr 26