kondrasiuk

Theatrograf 2005

Przeglądy takie jak Theatrograf pokazują inną, raczej niewesołą prawdę. Z pozycji jednego z centrów kultury alternatywnej spadł on na pozycję prowincji

Niepostrzeżenie, przy umiarkowanym zainteresowaniu publiczności i poza zasięgiem mediów, w dniach 8-13 marca w Centrum Kultury odbyła się druga edycja Festiwalu Teatrów Niszowych Theatrograf. Założeniem organizatorów – Rafała „Kozy” Kozińskiego i Patrycji Bielak – było pokazanie wszystkiego, co w młodym lubelskim teatrze warte jest pokazania. Materiału wystarczyło na siedem przedstawień (i pół). W tym, raczej ubogim pejzażu cieszyć może najwyżej różnorodność poszukiwań, a przy próbach ich oceniania sprawdza się właściwie tylko jedno wstępne założenie – brak jakichkolwiek wstępnych założeń. Nie warto zatem dopatrywać się w spektaklach jednolitej, rozpoznawalnej poetyki, czy określonej preferencji w wyborze tematów. Teatr dramatyczny, robiony pod silną ręką reżysera (Panopticum) spotkał się na scenie Centrum Kultury z autorskim teatrem plastycznym (Eventual), czy próbą zespołowej kreacji (40 i 4 Schody od Nieba). Zespoły niespokojnie drążą różne obszary stylistyczne, za pomocą tych środków wyrazu, które znajdują się w zasięgu technicznych możliwości. Także i po repertuar sięgano na rozmaite półki. W „składankowych” scenariuszach („Szydercy”) pojawiały się aforyzmy S. J. Leca i proza Wojciecha Kuczoka, obficie korzystano z dorobku klasyków współczesności (Witkacy, Schulz, Mrożek), obok nich pojawiła się adaptacja komedii Arystofanesa.

Niestety, różnorodność obserwowana na Theatrografie nie miała natury wyłącznie stylistycznej, tematycznej czy repertuarowej – objawiała się także i w różnicach poziomu artystycznego. Czasami artyści zbytnio zbliżali się do niebezpiecznej granicy, za którą spektakl staje się pretekstem do towarzyskiego spotkania. W takim właśnie duchu godzinkę spędziliśmy wspólnie z „Projektem Witkacy”. Egzorcyzmowanie ducha witkacowskiej nudy, zatytułowane „Wistość Tych Rzeczy”, odbyło się w przepastnych, niedawno odkrytych dla prezentacji artystycznych wnętrzach dawnego klasztornego refektarza. Sala pomagała zespołowi jak mogła, grając artystowską knajpkę w klimatach epoki. Na poziomie towarzyskim sprawdzały się chwyty takie jak: polewanie widzów łzami Mistrza (strzykawka ukryta w portrecie), albo częstowanie ich cukierkami zawierającymi cytaty z dzieł „Wariata z Krupówek”. Spoza tego rodzaju gierek prześwitywały zapowiedzi teatru, w celnym zamyśle wejścia na poziom metateatralny (spektakl o nieporadności próby, niemożliwości zrobienia spektaklu), czy w udzielającej się aktorom manii przytupywania, podskakiwania, mimowolnych ruchowych obsesji. Zdecydowanie nie sprawdziło się natomiast rzucanie w widzów oczami zwierząt, przekazywanie im istoty egzystencjalnej nudy poprzez powtarzanie tysiąc razy „nudzę się”, jak i próby „wciągania” publiczności, w szczytnym zamierzeniu wykreowania nastroju stopniowo narastającego szaleństwa. Jak wiadomo – eksperymenty z czasem do łatwych nie należą, więc za podjęcie ryzyka należą się „Projektowi” wyrazy uznania. Chciałoby się jednak obejrzeć wykrojony z tego zbioru dowcipasów i skeczów spektakl, który lepiej zagospodaruje energię zespołu, i okaże się rzeczywiście drażniąco nudzący, ale tym razem w sposób zamierzony.

Stowarzyszenie Sztuczne, „Wistość tych rzeczy”

Innego rodzaju potknięcie zanotował na swoim koncie Teatr Daccapo w spektaklu „Kwarantanna”. W próbie teatru kameralnego, który ma ambicje dotarcia do psychologicznej prawdy o relacjach międzyludzkich, twórcy zdecydowali się na realizację nadzwyczaj słabiutkiego tekstu Natalii Mołodowiec. Licznie zgromadzoną i nadzwyczaj wyrozumiałą widownię zaatakowano banałami na wszystkich możliwych frontach. Sytuacji nie były w stanie uratować konwencjonalne środki aktorskie i mało widoczna reżyseria. Parze aktorów nie udało się powołać do życia postaci, zamiast nich obcowaliśmy więc z nazbyt prostymi ich schematami.

Niezwykła sztuka tworzenia scenicznego bytu udała się natomiast Przemkowi Buksińskiemu. „Czasem w wieczności” – jego kilkuminutowy szkic sceniczny, zagrany w tej samej malutkiej, dusznej salce, oparty został na poezjach E. E. Cummingsa, L. Ferlinghettiego i R. Brautigona. Asceza gestu i słowa wypowiedzianego drapieżnie, mimo pozorów kociej łagodności – to wystarczyło, aby wywindować napięcie na niebotyczny poziom. Dla mnie z pewnością jedno z najsilniejszych przeżyć przeglądu.

Teatr Eventual stworzony przez Patrycję Bielak wyspecjalizował się w scenicznych  kreacjach światów ostro odrealnionych. Imponująca inscenizatorska wyobraźnia stworzyła w spektaklu „Renesans” kilka scen o dużej sile wyrazu. Zapada w pamięć na przykład obraz dusznego, prześwietlonego ostrym światłem pokoju, w którym trzech ni to błaznów, ni skrzatów pokłada się ze śmiechu, przedrzeźniając się i przekrzykując nawzajem. Niestety, cały efekt ginie, gdy wspólnie z niektórymi aktorami musimy przedzierać się przez manierycznie, i z widocznym wysiłkiem artykułowany tekst. Sprawy nie ułatwia sam scenariusz widowiska, w luźne asocjacje sklejający cytaty z Sorena Kierkegaarda, Bronisławy Ostrowskiej, Moliera, Sofoklesa i „Pieśni nad Pieśniami”. Wiele do życzenia pozostawia też decyzja straszliwego spowolnienia rytmu spektaklu, przez  co rozpada się on na kilka niejasnych sekwencji.

Teatr Pantomimy w „Xsiędze Bałwochwalczej” zaproponował publiczności zabawę w czystą kontemplację estetyczną. Cóż, samo sycenie się ilustracyjnością żywych obrazów sporządzonych ze szkiców Bruno Schulza nie jest w stanie dostarczyć specjalnych wyzwań intelektualnych… Schulz zdecydowanie nie miał tym razem szczęścia. Do udanych nie należała również teatralna lektura jego opowiadań, w wykonaniu gości z Zielonej Góry – Teatru Czego Nigdy. W „Krainie przewlekłej jesieni” za wszelką cenę udziwniono wszystko, co udziwnić się dało – karykaturując sceniczną estetykę Kantora. Obawiam się, że samego autora nie zaproszono tutaj do dyskusji. Traktatu o wieloznacznej naturze rzeczywistości nie da się „odfajkować” recytacją, która misterną prozę zamienia od razu w pseudopoetycki bełkot. W dodatku do arbitralnie sporządzonej kompilacji co bardziej znanych schulzowskich „kawałków” dołożono kilka komicznych wręcz scenek z postaciami  pantomimicznymi.

Grupa 40 i 4 Schody od Nieba zaprezentowała historię zatytułowaną „Szydercy” – rozegraną w krainie o podejrzanym statusie ontologicznym. Trafiają do niej dwie istoty nowo narodzone, nad którymi opiekę przejmuje cieć-oprawca. Sceniczny niebyt nie jest zbyt szczelny – co chwila przenikają doń odpryski realnego świata. „Nieukształtowani” z nabożnym przestrachem wpatrują się w przypadkiem uruchomiony telewizor, słuchają monologu zrozpaczonej, samotnej dziewczyny, spotykają dresiarzy w drodze na kolejną imprezę. Klęską kończy się jednak próba stworzenia z „bożych prostaczków” kogoś na kształt i podobieństwo nasze – w finale brutalnie uprzedmiotowieni bohaterowie lądują w śmieciarskim kontenerze. Prosta i czytelna przypowieść, zagrana czytelnie, ale bez zbytnich uproszczeń – tak w skrócie można podsumować zalety tego zacnego przedstawienia.

Miano festiwalowego wydarzenia bezspornie należy się „Strefie zamkniętej” – adaptacji jednoaktówki Sławomira Mrożka „Na pełnym morzu”, w wykonaniu Teatru Panopticum. Mieczysław Wojtas – jego szef i reżyser dysponuje niezwykle sprawnym zespołem, który na scenie nie pozwala sobie na najmniejsze chociażby zachwianie, odejście od dyscypliny rytmu przedstawienia. W swoich realizacjach literatury  dramatycznej (obok Mrożka obejrzeliśmy „Lizystrate” na podstawie komedii Arystofanesa) Panopticum nie poprzestaje na bezkrytycznej służbie autorskim propozycjom. Siła inscenizacji Mieczysława Wojtasa polega na gruntownym przemyśleniu roli scenicznej plastyki. Jego rozwiązania są subtelne i tylko pozornie oczywiste – wędrujące wspólnie z aktorami rekwizyty, granie kontrastami postaci, umowność dekoracji. W istocie wizualna strona przedstawienia jest wyzwaniem dla wyobraźni widowni. Bywa drugim dnem, ukrytym nurtem opowieści – jak na przykład w zakończeniu „Strefy”, kiedy jeden z bohaterów staje na krześle, nagle ogromnieje z rękawami marynarki w górze, a pamięć gorączkowo poszukuje właśnie tego, właściwego skojarzenia (Wróblewski?). Jak się okazuje, ten podobno dziś zdezaktualizowany Mrożek, wciąż ma nam sporo do powiedzenia.

Robert Paluchosky (Teatr Realistyczny)

O Lublinie zwyczajowo mówi się i pisze jako o mieście z wielkim teatralnym potencjałem. Przeglądy takie jak Theatrograf pokazują inną, raczej niewesołą prawdę. Z pozycji jednego z centrów kultury alternatywnej spadł on na pozycję prowincji. Nastąpiła znacząca zamiana – to małe ośrodki stają się rzeczywistym centrum młodego teatru, i do nich właśnie wypadałoby udać się na nauki. Dwa gościnne spektakle (uznane i nagradzane przez teatralne środowisku w kraju) dostarczyły przykładów na poparcie tej tezy. Wystarczyło popatrzeć na aktorską i inscenizacyjną sprawność „Tożsamości” Teatru Realistycznego Roberta Paluchosky`ego ze Skierniewic. Albo na poczynania Teatru za Lustrem z Tarnowskich Gór, bezceremonialnie i ekwilibrystycznie wywracającego na nice dramat Michała Walczaka „Piaskownica”. Dlatego właśnie wołam – dwadzieścia jeden Theatrografów w dwudziestym pierwszym wieku!

Theatrograf 2005
II edycja Festiwalu Teatrów Niszowych
8 – 13 marca, Centrum Kultury w Lublinie

Źródło: „Kresy” 2005 nr 3