kondrasiuk

Sezon na „Titanicu”

Co będzie z publicznie dotowaną kulturą (i teatrem) po nadchodzących zmianach politycznych?

Co prawda, do kolejnych, regularnych wyborów mamy jeszcze ponad rok, ale pojawiają się prognozy ich przyspieszenia. Tuż przed startem kolejnego sezonu teatralnego – tradycyjnie liczonego od wakacji do wakacji – należy więc się zastanowić, co nas może w tej dziedzinie czekać. Co stanie się z teatrem i – szerzej – kulturą, jeśli dojdzie do zmiany władzy i „konserwatywnej” rekonkwisty?

Zacznijmy od krótkiego spojrzenia na stan obecny. Stopniowo sektor kultury się kurczy, traci na znaczeniu i społecznej widoczności. Do tego próby jego reformowania, np. przez sensowniejszą dystrybucję publicznego pieniądza (na którym opiera się jego jestestwo), nieodmiennie ponoszą klęskę. Coraz trudniej jest przeprowadzić jakiekolwiek zmiany, o czym dobitnie świadczą losy projektu ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów (w wersji niedoprowadzonej do końca przez poprzedni rząd – o statusie artysty zawodowego). Obecnie projekt jest „na etapie prac sejmowych”, jak to się elegancko określa, ale nikłe są nadzieje na doprowadzenie sprawy do końca. Warto też przypomnieć, że środowisko kultury potrafiło się przy niej zjednoczyć, niezależnie od przekonań. Ale to pieśń dalekiej przeszłości, bo niebawem minie 10. rocznica od pierwszych postulatów. Obecnie mamy wizerunkową katastrofę, którą był sposób zaprezentowania projektu przez MKiDN, i lobbystyczne zapisy, które się w nim pojawiły.

Do tego wszystkiego dochodzą zmiany globalne. Niedawno przeprowadzone przez socjologów badania uczestnictwa w kulturze („Aktywni i nieobecni”) świadczą o tym, że „Polki i Polacy niezwykle intensywnie uczestniczą w kulturze, ale często obywają się bez pośrednictwa instytucji kultury. Jest to możliwe dzięki głębokiemu zanurzeniu w usieciowionym i zmedializowanym doświadczeniu, najczęściej o wysoce skomercjalizowanym charakterze”. Dla młodych, zetek i igreków, szczególnie poza metropoliami, sztuka współczesna pokazywana w publicznych instytucjach to obcy język, zaszyfrowany nieznanym ich kodem. Internet, w którym są zanurzeni, jego nowe, szybkie i lekkie gatunki nie potrzebują instytucji, a sztuka w nich tworzona próbuje, dość nieudolnie, się do nich upodabniać. Wielkie sale i galerie stopniowo zmieniają się w pustawe kościoły bez wiernych, a wierni wybierają formaty cyfrowe. Centra dowodzenia ekonomią uwagi są gdzie indziej, w wielkich medialnych korporacjach generujących algorytmy platform społecznościowych i medialnych.

Pora zatem zapytać: Co w niedalekiej przyszłości wydarzy się na tym naszym „Titanicu”? W teatrze ten nadchodzący sezon może się okazać ostatnim lub jednym z ostatnich, przynajmniej jeśli chodzi o dotychczasowe reguły, według których funkcjonuje to niszowe uniwersum w obrębie nieco szerszego, ale równie niszowego świata kultury. Teatr publiczny, ten chcący uchodzić za krytyczny, a będący w istocie diasporycznym, podającym lekkostrawną papkę dla myślących tak samo jak artyści, będzie podlegał dalszej marginalizacji, a mówiąc kolokwialnie: zakręcaniu kurka z kasą.

Niezależnie od przebiegu zdarzeń, np. od tego, czy resort przypadnie jednej z koalicyjnych partii czy zostanie podzielony między koalicjantów (tak jak to się stało w rządzie Donalda Tuska), o publicznie dotowaną kulturę (i teatr) nikt się już bić nie będzie.

Silny ośrodek wokół prezydenta uruchomi swoje inicjatywy, cały sektor w stanie postępującej degrengolady pozostawiając samemu sobie. Ludziom teatru pozostanie jedno, zresztą było to już testowane: okopać się w samorządowych instytucjach, nie zmieniać się, nie wyciągać żadnych wniosków, krzyczeć, że „nas biją”, i udowadniać swoje męczeństwo. Ale czy to wystarczy? Coraz trudniej będzie wytłumaczyć politykom i samorządowcom – wsłuchującym się w głos wyborców – komu i czy w ogóle jest potrzebna publicznie dotowana kultura. Wiadomo, że najbardziej potrzebują jej sami artyści, a także politycy, celebryci, którzy z kultury czerpią korzyści wizerunkowe, marketingowe. Potrzebuje jej też biznes, np. deweloperzy, aby zmieniać nieciekawe, złe dzielnice w miejsca kultowe. Ale czy jest potrzebna szerszemu ogółowi? Moim zdaniem tak, ale wygląda na to, że dziś jestem w mniejszości. Co powiedzieć widzom Kanału Zero albo autorom setek i tysięcy wpisów w mediach społecznościowych, którzy (nie bez powodu) uwierzyli, że statystyczny artysta ma twarz Jasia Kapeli, a nie zarabiającego minimalną krajową skrzypka z Filharmonii czy lokalnego animatora pracującego na umowę śmieciową w miejscu, w którym nikt pracować nie chce? Choć żadna z sondażowni nie przeprowadziła ostatnio badań na temat dopłat do emerytur dla artystów czy w ogóle publicznych dotacji, to można się domyślić ich wyniku.

A co w teatrach w nadchodzącym sezonie? Na przykład Narodowy Stary Teatr zapowiada adaptację „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa. Ciekawe, czy zobaczymy w którymś z publicznych teatrów musical o aborcji według stypendialnego libretta Jasia Kapeli.

„Do Rzeczy” nr 35/2026