Ekran nad dużą sceną, wielki, na całą jej szerokość, i długie sekwencje: miejskie pejzaże uchwycone z lotu ptaka, spacery po zaniedbanych ulicach, skwerach i podwórkach, wreszcie — łapane na żywo sceny z robotniczej piwiarni. Przejmująca muzyka, ciemne barwy — mają być smutek i beznadzieja, wszak opowiadamy tu historię o buncie śląskich tkaczy, z końcówki XIX w., napisaną przez naturalistę Gerharta Hauptmanna. Wszystko zaczyna się od panoramicznych najazdów na blokowiska, te monumentalne, ikoniczne dla aglomeracji Górnego Śląska — i już wiemy, że na plan historyczny nałożony zostanie ten współczesny. (I cóż, że obrazy wygenerowane przez Krzysztofa Garbaczewskiego w „ej-aju”, bo to i taniej, szybciej i nowocześniej, tego się zresztą nie ukrywa, nie maskuje glitchów. Perwersja opowieści o kapitaliźmie podniesiona do potęgi…). Taki to obowiązujący dziś styl teatralny, tworzony z anachronizmów i futuryzmów. Między oryginałem, opisanym w nim dawnym światem a nowoczesnym językiem wizualnym, z muzyką techno, przyzwoleniem na pokazanie nagiego aktorskiego ciała, które ma przecież „potencjał krytyczny”, i z bezceremonialnymi korektami do myśli wymienionego na afiszu autora, w dopisanych scenach i monologach. I z podrasowanym elementem szantażu emocjonalnego: jeśli w tekście mowa o zjedzeniu psa, to pieska obowiązkowo należy wprowadzić na scenę w ekspozycji spektaklu, a najlepiej już: dopisać mówiony w jego imieniu monolog, wygłaszany z offu, w którym sympatyczny kundelek, przejmując język religijny, ofiaruje siebie samego, w mesjańskim geście, jako ofiarę.
No i cóż, w imię bezwzględnej krytyki kapitalizmu: zaczynamy!

W „Tkoczach” z Teatru Śląskiego główna korekta zrobiona na mocno już przykurzonym tekście polega na dołożeniu kolejnej warstwy: na skorzystaniu z przekładu na „śląską godkę” (Mirosław Syniawa). Wiele to znaczy w Katowicach (na gościnnych wystepach pewnie mniej): warstwa ta do opozycji pomiędzy biedakami a bogaczami dodaje podział etniczny. I tak, dość konsekwentnie, nędzarze mówią po śląsku, a kapitaliści i ich wywodzący się z nizin pomagierzy — po polsku. Zabieg to co najmniej kontrowersyjny: na starym scenariuszu o niemieckich fabrykantach nadpisano niewygasły spór o śląską autonomię w obecnej polskiej odsłonie. Czy na serio można doszukiwać się tu realnego rozpoznania, myśleć o ekonomii i procesach historycznych? Ale jesteśmy przecież w teatrze, królestwie demagogii, gdzie logikę się jedynie parodiuje, gdzie liczą się koloryt oraz wrażenie, najlepiej jak najmocniejsze.
I na planie wywoływania wrażenia wszystko się zgadza, o czym świadczy nagroda dla „Tkoczy” na ostatniej edycji krakowskiej Boskiej Komedii. W fatalnie dobranym programie konkursowym, który miał ponoć reprezentować polski teatr na świecie, spektakl rzeczywiście się wyróżniał. Maja Kleczewska wie, jak korzystać z możliwości dużego teatru, tej maszyny do wywoływania wrażenia. Zgodnie ze starą, sprawdzoną zasadą zaczyna od trzęsienia ziemi, od rozwiniętej w scenkę wzmianki o zjedzeniu z głodu psa. Na ławce obok jednego z tkaczy siedzi sympatyczny kundelek, a z offu słyszymy wspomniany monolog-wyciskacz łez. Symptomatyczny to przykład metody twórczej Kleczewskiej, która swój teatr opiera na świadomym wywoływaniu jak największego emocjonalnego przejęcia. Dalej następują sceny, w których niezwykle realistycznie czy wręcz iluzjonistycznie pokazane jest zwykłe życie w dzielnicach robotniczych, gdzie z powodu krachu ekonomicznego (w podtekście: na skutek planu Balcerowicza i transformacji) przymiera się głodem. A że w zespole Śląskiego majstrów co niemiara, to powstają sekwencje pełne życia, zanurzone w żywiole śląskiego życia. Wspaniała Grażyna Bułka (Matka Baumert) od kreacji rytualnie lamentującej, groteskowo przerysowanej, obłożnie chorej starszej kobiety gładko przechodzi do brechtowskiego monologu mówionego wprost do widowni na pobojowisku. „Chcę świata sprawiedliwego, ale sprawiedliwego dla mnie” — powiada, na chwilę nieco komplikując obraz. Majstersztykiem jest też Ansorge Marcina Gawła. Z jednej linijki, o zabijaniu głodu poprzez żucie kamyków, powstała piękna i porażająca rola. Potężna sylwetka aktora, groteskowa maska, w którą, wkładając do ust kamyki, zamienił swoją twarz – i bezradność tego wielkiego dziecka. Do tego, chyba jako jedyny w robotniczej masie, doświadcza prześwitu poprzedniej etyki, tej, która nie rozgrzesza morderców posługujących się przemocą wyzwolicielską.
Od przełomowych scen wtargnięcia tłumu do rezydencji fabrykanta finał tonie w onirycznych, niekiedy dość zagadkowych obrazach rewolucji. Niepokój interpretacyjny wprowadzają tu jedynie monologi: rozdygotanego Ansorgego, który zauważa koszt przekroczenia granicy mordu oraz Matki Baumert, najrozsądniej w całym tym szaleństwie powiadającej: „Chcę świata sprawiedliwego, ale sprawiedliwego dla mnie”. Kleczewska nasyca swoje spektakle obrazami na wielkoformatowych ekranach dominujących nad sceną, mnoży i multiplikuje stworzone za pomocą sztucznej inteligencji impresje z biednych dzielnic gdzieś za torami, a potem krwawe teledyski. Oglądane w sali warszawskiego Teatru Dramatycznego, w Pałacu Kultury i Nauki, wśród wielkomiejskiej publiczności, są do szpiku kości perwersyjne i znieczulające, niczym pieniążek rzucany podczas urlopu dzieciom w Afryce albo w Indiach. Zresztą, nie od dziś burżuazja lubuje się w patrzeniu, jak na scenie bije się ją po twarzy. I – jak to zwykle u Kleczewskiej – kwestia przemocy rozpada się na dwie, osobno traktowane sprawy. Ta dotykająca pracowników fizycznych jest ekonomiczną przemocą systemową, wartościowaną negatywnie, natomiast ta rewolucyjna jest przemocą wyzwolicielską, pozytywną i najwidoczniej pożądaną. W finale, w efektownym, synchronicznym tańcu na grobach kapitalistów, robotnicza wspólnota (a razem z nią Ansorge, który najwidoczniej przełamał wyrzuty sumienia) z teatralną krwią na rękach wykrzykuje: „Już bliski kres niewoli!”.
[„Do Rzeczy” nr 29/2026; wersja zmieniona i rozszerzona]
Teatr Śląski w Katowicach, Gerhart Hauptmann, „Tkocze”
Reżyseria: Maja Kleczewska
Adaptacja i dramaturgia: Grzegorz Niziołek
Projekcje: Krzysztof Garbaczewski
Premiera: 14 lutego 2025
Pokaz na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych: 24 czerwca 2026