Teatr Klasyki Polskiej najnowszą premierą, „Porwaniem Europy”, przypomniał Rymkiewicza jako twórcę teatralnego. Dramatopisarza, autora tłumaczeń-parafraz, z pamiętnym kongenialnym „Życiem snem” Calderona wystawionym w Starym Teatrze. Od lat też z powodzeniem w Teatrze Narodowym idą „Ułani” w reżyserii Piotra Cieplaka (premiera prawie 10 lat temu!), mamy świeże wydanie krytyczne dramatów w serii „Dramat Polski – Reaktywacja”, a jednak – wciąż go jeszcze nie znamy.

Jaki jest więc ten teatralny Rymkiewicz? Będzie zawiedziony, kto spodziewa się Rymkiewicza w wersji spopularyzowanej i zbanalizowanej, tego od „Wieszania”, tzw. smoleńskiego, którym straszy się postępowych przedszkolaków. Już bliżej mu do autora wierszy o śmierci, tych bezlitosnych, i to nie tylko dlatego, że posługuje się w tekstach przeznaczonych na scenę, autorską, zwięzłą, białą frazą.
Dramaty zaczął pisać w końcówce lat 50. „Porwanie…” opublikował w miesięczniku „Dialog” w roku 1971, choć polskie teatry tekstu tego wówczas wystawić nie zechciały. Prapremierą tekstu był dopiero spektakl rzeczonego Cieplaka w Teatrze Śląskim w Katowicach, w 2017 r. „… wystarczy spojrzeć na Brukselę, stolicę śmiesznych głupców, którzy zarządzają konaniem cywilizacji europejskiej. Tak właśnie należy czytać, wystawiać i rozumieć »Porwanie Europy« – to jest głupia farsa o czymś strasznym, a nawet tragicznym – o śmierci naszej cywilizacji” – zreinterpretował autor wymowę swojej sztuki w wywiadzie przedrukowanym w programie do tamtego spektaklu. A co w istocie napisał? Sztuka jest wyrafinowaną zabawą literacką.
W farsowym kostiumie gatunkowym czerpiącym z barokowych konwencji Rymkiewicz sięga do literatury nieskażonej nadmiernie psychologizmem i realizmem, rozsmakowanej w alegoriach, przebierankach, paradoksach, grach językowych. Piękna, zagubiona, bezbronna Europa, córka z dynastii Pompadurów, poszukuje małżonka i masochistycznie marzy o uwiedzeniu. Jest rozdarta pomiędzy zniewieściałym księciem Kensingtonem a barbarzyńcą Spirydonem (który okaże się zamaskowanym rewolucjonistą). Ale niespodziewanie pojawia się trzeci konkurent, swojski Kicio, reprezentant klasy ludowej… Jeszcze raz i na nowo wraca tu antyczny motyw uwiedzenia Europy, jednak już zanurzony w świadomości współczesnej, z pirandellowskimi zwrotami postaci do autora, w rozmowie z Beckettem, Gombrowiczem, Mrożkiem. Nieustannie pobrzmiewa też słynny cytat z Marksa, ten o historii za pierwszym razem tragicznej, za drugim razem powracającej jako farsa. Słowem kluczem jest tu „gra” („co już raz zaczęło grać – grać musi” – powiada Kicio), a akcję napędzają przebieranki, podszywanie się. Skazani jesteśmy na ciągłe zmiany kostiumu, a pod spodem nie mamy nic. Tylko farsa, wieczna farsa, tragedii już nie będzie – zdaje się mówić autor, pokazując świat bez wewnętrznego umocowania, gdzie każdy może być każdym.

To tekst, który się zowie filozoficznym, o co najmniej kilku możliwościach interpretacji, bo ważny jest też trop sytuacji Europejczyków u progu XXI stulecia. „Zaśpiewałbym coś, lecz ja dumki żadnej nie znam” – zastanawia się Kicio, pytając „co dalej?”. I może to jest dziś główne, aktualne pytanie. W sytuacji ponowoczesnego wyczerpania świadomie musimy zdobyć się na własną narrację. Bo jest to też historia o zwykłym człowieku uwiedzionym przez snobizmy kulturowe i ideologie, który zrozumiał, że jedyną droga ocalenia jest wymyślenie siebie na nowo.
Teatr Klasyki Polskiej w inscenizacji poszedł za intencjami autora, ale zarazem, dzięki mocnej ekipie, stworzył spektakl, który się zowie aktorskim. Cały zespół bawi się konwencją, gra do widowni, szarżuje i wygrywa, zasłaniając sobą dość proste środki inscenizacyjne. Wyzyskane zostały zatem wszelkie okazje do groteskowego humoru, w czym celują Maciej Wyczański jako Spirydon i ekspresyjna Małgorzata Mikołajczak. Znakomitą kreację stworzył Leszek Zduń jako Kicio, jedyna tutaj postać obdarzona nadświadomością, przełamującą tonację buffo monologami serio. Rozczarowuje tylko finał, bo wszystko kończy się nie tylko walcem, jak w rymkiewiczowskim oryginale, lecz także wielkim wybuchem. A przecież jest to sztuka, gdzie katastrofa wydarzyła się już na samym początku, i jest to raczej implozja, wewnętrzne spustoszenie.
„Porwanie…” należy do tego rodzaju rozpoznań, których czas dopiero nadchodzi. Weselne przyjęcie po zaślubinach Kicia z Europą okazuje się stypą, na której podają na półmisku… pannę młodą. Mamy zatem spektakl oparty na trudnej, zaszyfrowanej literaturze, z teatru można wyjść z myślami, przeczytać świetnie zredagowany program, sięgnąć na półkę z książkami. Który to już koniec Europy? Czy ten nasz będzie już definitywnym?
Jarosław Marek Rymkiewicz, „Porwanie Europy”
Reżyseria: Jarosław Gajewski
Premiera: 21 lutego 2026 r.,
Scena Stygmat, Kościół Wszystkich Świętych w Warszawie
Źródło: „Do Rzeczy” 2026 nr 10