kondrasiuk

Faust wyjaśniony

Szczęście w nieszczęściu, że z tego bełkotu niewiele się, poza ideologią, wyłania. Coraz częściej tego rodzaju uproszczenia są przez młodych odrzucane en bloc

W Teatrze Narodowym Faruga z Holewińską „wyjaśnili” – jak to mówią młodzi – „Fausta”. Szatana brak, za całe zło tego świata odpowiada człowiek, a konkretnie – mężczyzna, ksiądz, rasista i antysemita.

Narodowy obiecuje w tytule „Fausta”, mówi się tu nawet duże liczby wersów napisanych przez Goethego. W istocie jest to wypowiedź Wojciecha Farugi (właśnie nominowanego na dyrektora Teatru Dramatycznego, jednej z największych warszawskich scen) i dramatopisarki Julii Holewińskiej. Duet postanowił rozprawić się z tym tekstem, i poodpowiadał na pytania zadane przez Goethego. Dzieje Fausta zostały sprowadzone do piętnowania trzech chorób, które według Farugi i Holewińskiej toczą ludzkość. To patriarchat, klerykalizm i rasizm (a konkretnie – antysemityzm). Ile by nie opowiadali w wywiadach o Aby Warburgu i Walterze Benjaminie, ze spektaklu wychodzimy z tym właśnie, nadzwyczaj prostym przesłaniem. Wiele to mówi, ale bardziej o Farudze i Holewińskiej i o formacji, którą reprezentują, niż o Goethem i jego dziele.

Najważniejsze pytanie zaszyfrowane w „Fauście” to: „Kto to jest Mefistofeles?”. Czy to szatan w judeochrześcijańskim rozumieniu czy raczej jedno z manichejskich przeciwieństw ludzkiej natury, zło immanentne? W ujęciu Farugi i Holewińskiej diabeł jest po prostu człowiekiem, w konkretnym momencie dziejowym, w drugiej połowie XX w. po Holokauście. Dobro? Wyparowało, a może go nigdy nie było… Nic odkrywczego, po drugiej wojnie wszyscy to mówili, a Sartre nawet spopularyzował w znanej maksymie. Realizując wielkie oskarżenie, Mefistofelesa odgrywają na zmianę ikony XX w.: Chaplin, Hitler, królowa Elżbieta, Andy Warhol… (Może to i pomysł z Warburga, ale faktem jest, od lat robi to w teatrze – ze znacznie lepszymi efektami – Krystian Lupa). Faustem jest Cezary Kosiński, ze swym emploi, z dobrotliwością podszytą niepokojem…

Ta decyzja obsadowa ujawnia zamierzenia twórców – ma to być Faust skompromitowany, słaby, w dodatku o pedofilskich skłonnościach, którego należy w końcu unieważnić i odesłać do lamusa. Przebaczenia nie będzie. Nic nie zostało z przypowieści o próbie, którą za pozwoleniem Boga odbywa na człowieku szatan. Obecna już w Starym Testamencie, w historii Hioba, w wersji Goethego opowiada główne tematy europejskiego humanizmu, sny o wielkości. A u Farugi i Holewińskiej jesteśmy przeklętym stworzeniem, które wypuściło z siebie masowe morderstwa Żydów (absolutyzowane jako najważniejsze wydarzenie w historii świata), co było możliwe dzięki wielowiekowemu patriarchatowi konserwowanemu przez Kościół. Najsłynniejszy cytat z dramatu, który w oderwaniu krąży po świecie, ten o cząstce złej siły, która czyni dobro („Kimże więc jesteś…?”), powraca tu jako lejtmotyw – i najwyraźniej jest to zabieg ironiczny. Włożony do drugiej części apokryficzny „Hymn o perle”, znany dzięki przekładowi Czesława Miłosza, brzmi pusto, niewiarygodnie, jak pieśń o utraconym marzeniu.

Mniejsza o ten naciągany koncept, spektakl jest męczący i pretensjonalny. Przez niemal cztery godziny aktorzy z zaciętością godną lepszej sprawy wypowiadają ogrom tekstu, odgrywając z grubsza fabułę obu części dramatu. Istotniejsze od niej są jednak wyświetlane nad sceną, nadpisane przez realizatorów tytuły scen. W efekcie mamy tu dwa porządki: wielka literatura jest przygnieciona wątpliwymi pomysłami inscenizacyjnymi. Słowo co rusz wydobywa się spod tego balastu, przedziera się, zmusza do myślenia (szczególnie wtedy, gdy udaje się dłużej mówić Kosińskiemu; świetna jest też Małgorzata – Hanna Wojtóściszyn. Jako jedna z niewielu tutaj dokładnie wie, co ma grać, i ma to prosty, ofiarniczy, podbity feminizmem sens). Ale głównie przedzieramy się przez gęste strumienie obrazów teatralnych, którymi upaja się duet twórców, najwyraźniej zakochany w swoich pomysłach. Skoro za zło obarczamy Kościół (oczywiście katolicki, symbolizowany przez aktora stylizowanego na Jana Pawła II), to w „Nocy Walpurgi” pokażmy procesję połączoną z marszem SS, gdzie aktorzy w mundurach przy pieśniach i w dymie kadzideł padną krzyżem, a następnie transowo będą uderzać dłońmi o podłogę. Skoro ofiarą są Żydzi, to ubierzmy Małgorzatę w płaszcz z opaską z gwiazdą Dawida na ramieniu. I tak dalej.

Warstwa popkulturowa ma być, zdaje się, czytelna dla licealistów (maturzyści potrzebują coś o Fauście wiedzieć) i ogólnie dla młodych ludzi. Szczęście w nieszczęściu, że z tego bełkotu teatralnego niewiele się, poza ideologią, wyłania, a coraz częściej tego rodzaju uproszczenia są przez młodych odrzucane en bloc, jako element oficjalnego przekazu świata dorosłych ludzi.

„Faust” Johanna Wolfganga Goethego w reż. Wojciecha Farugi w Teatrze Narodowym w Warszawie

Źródło: „Do Rzeczy” 2024 nr 46