kondrasiuk

Fenomen Ann Van der Broek

Są artyści sceny, na których spektakle czeka się z niecierpliwością przez długie miesiące. Taką szczególną postacią jest holenderska choreografka i tancerka Ann Van der Broek, gość 15. edycji Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca.

W tym roku zespół Ann Van der Broek, czyli występujący pod jej nazwiskiem kolektyw tancerzy i tancerek oraz artystów świetlnej, muzycznej i wizualnej oprawy scenicznej, przywiózł do Lublina aż trzy spektakle: „We Solo Men”, „Ohm”, „Q61”. Przyznać z uznaniem trzeba, że Spotkania Teatrów Tańca już od kilku lat dają lubelskiej publiczności możliwość dokładnej obserwacji artystycznej drogi Ann. Wliczając tegoroczne przedstawienia będzie to już bodaj piąty pokaz dzieł choreografki uznawanej dziś za jedną z najwybitniejszych postaci współczesnej sceny tańca. Ma ona w Lublinie pokaźne grono swoich zagorzałych zwolenników, a każdy ze spektakli wywołuje na widowni niezwykle emocjonalne reakcje.

Na czym polega fenomen sztuki Ann i tak żywego jej odbioru? Być może jest to kwestia zaufania akurat do tej pojedynczej, niezwykłej wyobraźni. W przypadku tanecznego performansu, który jest manifestacją wolności od reguł, polega w swym założeniu na przekraczaniu sztampy i tworzeniu wciąż od nowa własnego komunikatywnego języka – kwestia zaufania jest podstawowa.

Na tę godzinę czy dwie spędzoną na ciemnej widowni oddajemy artystom absolutną władzę, po to, by poprowadzili nas poprzez swoje subiektywne światy. Niekiedy taka wycieczka kończy się przedwcześnie, obustronnym rozczarowaniem i rezygnacją, tym bardziej dojmującą, im większy kapitał zaufania zainwestowaliśmy na początku. Co do Ann Van der Broek – jest ona tego formatu artystką, która ową władzę sprawuje pewnie i stanowczo, trzymając swoich widzów w żelaznym uścisku od samego początku aż do finalnych oklasków.

Dokładnie w tym samym, bezbłędnym stylu fenomen Ann zadziałał w piątkowy wieczór podczas spektaklu „We Solo Men”, wykonanym przez szóstkę tancerzy i tancerek (Jan Deboom, Andreas Kuck, Jan Martens, Cecilia Moisio, Judit Ruiz Onandi, Dario Tortorelli). Taniec, a właściwie organiczny, transowy ruch był tu niesamowicie precyzyjny, a przy tym intensywny, wręcz gorączkowy aż do granic fizycznych możliwości. Świat ludzkich gestów został rozmontowany na najdrobniejsze jednostki, wręcz na atomy. Choreografka złożyła go na nowo, według własnych kunsztownych reguł powtórzeń i permutacji.

Tym razem materiałem opracowanym w „We Solo Men” w tak niezwykły sposób była sytuacja koncertu: typowe dla rockowych szamanów zachowania sceniczne. Przedstawienie rozpoczyna się od parady karykaturalnych showmanów, których kabotyńskie gesty są raz po raz remiksowane i obsesyjnie powtarzane. W miarę postępu przedstawienia, wraz z narastającym zmęczeniem, zrzucając kolejne elementy kiczowatych kostiumów, tancerze pozbawiają nas złudzeń co do charakteru tego przedstawienia. Występ „gwiazd” w świetle jupiterów, to, co zazwyczaj uważamy za najwyższe objawienie indywidualnej ekspresji, w nieunikniony sposób przeobraża się w bezradną, mechaniczną szamotaninę, od której nie ma ucieczki.

Rzecz jasna, nawet pobieżne spojrzenie na historię teatru czy literatury udowadnia, jak mocno oklepana jest metafora przedstawienia scenicznego jako ludzkiego życia. Ale nie sposób o tym pamiętać, gdy ponad rampą sceny przepływa i tężeje hipnoza, z premedytacją zbudowana na niekończących się atakach na percepcję. Gdy okazuje się, że korzystając z parominutowej piosenki można odegrać pantomimę miłości, pojedynków, cynizmu i zdrad, zamykającą w bolesnym nawiasie świat ludzkich starań. Kiedy szóstka płaskich, banalnych, tragicznych postaci oddala się w głąb sceny, machając nam czule na pożegnanie. Pośród artystów poświęcających się bez reszty dziełu ścierania z twarzy świata nadmiaru szminki przyznaję Ann Van der Broek wysokie miejsce.

  1. Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca w Lublinie.

Źródło: Gazeta Wyborcza – Lublin