kondrasiuk

Hypnoza

Rozkoszny hochsztapler, recytujący z uniesionymi rękami przeróżne wspaniałe, pseudo-mistyczne głupoty czasem milknie, a wtedy…

W Lublinie ostatnio po teatr można pójść (o dziwo! o zgrozo!) do muzeum, na spektakl, nie-spektakl „Jest nas 22, albo jak zostać hypnotyzerem”. Odświeżając swój wizerunek, Muzeum Literackie im. Józefa Czechowicza we współpracy z aktorem Mateuszem Nowakiem i artystą wizualnym Ludomirem Franczakiem przygotowało atrakcyjną, lecz i nieco wywrotową formę artystyczną, gdzieś pomiędzy spektaklem teatralnym, instalacją, wystawą plastyczną i ekspozycją muzealną. Została ona wkomponowana w niezwykły sam w sobie budynek Muzeum, w XVI-wieczną kamienicę przy ulicy Złotej. Na dobre i złe zdarzenie to nie ma więc prawa istnienia poza nią, a jego integralną częścią są zarówno prezentowane tu wystawy stałe i czasowe, jak i sama jego atmosfera, a pewnie i – egzorcyzmowane przy tej okazji duchy poetów lubelskiej grupy „Reflektora” (Konrada Bielskiego, Wacława Gralewskiego i Józefa Czechowicza). W ramach jednego wieczoru, oprócz spektaklu, a właściwie rozbudowanej sceny monodramatycznej, obejrzeć można projekcje filmowe (futurystyczne i ekspresjonistyczne obrazy elektryzujące w swoim czasie panów z „Reflektora”) oraz wystawę z tej okazji sprokurowaną przez Franczaka, zajmującą ściany wewnętrznej klatki schodowej budynku, od parteru aż po strych. Pozornie chaotyczny wielogłos dokumentów, rękopisów, prasowych wycinków, fotografii, nagrań i rozmaitych materiałów graficznych przybliża okoliczności i nastroje pierwszych dziesięcioleci XX wieku, kształtujące styl tamtej lubelskiej bohemy.

Jednak centralnym dziełem uruchamiającym cały ten świat stała się niepozorna, szerzej nieznana dwuzłotowa broszura autorstwa Wacława Gralewskiego o chwytliwym tytule – „Jak zostać hypnotyzerem”. Ten osobliwy poradnik został wydany w Lublinie w roku 1925 pod pseudonimem Dr Rafael Mabuse, jak można się domyślić – głównie z nadzieją na zarobek. Dziewięćdziesiąt lat później pomógł Mateuszowi Nowakowi stworzyć postać cynicznego, współczesnego szamana, który niczym Kaszpirowski swoimi śpiewnymi inkantacjami chce uwodzić i tumanić przybyłą na ulicę Złotą publikę. Ale uproszczeniem byłoby widzieć tu tylko artystyczny wygłup, bo zarazem jest w nim ślad rzeczywistej, graniczącej z obsesją, pasji. Ton śmiertelnej prześmiewczej powagi, z jaką słowami Gralewskiego przemawia Hypnotyzer, ale i katastrofizm Czechowicza czy mitologie i mistyfikacje obecne we wspomnieniach Bielskiego i Górskiego – lubelscy poeci w swojej manii na punkcie zjawisk nadprzyrodzonych najwyraźniej nie mieli problemu z pogodzeniem żywiołów serio i buffo… Nowak z Franczakiem potrafili opowiedzieć tą złożoność środkami teatralnymi – rozkoszny hochsztapler, recytujący z uniesionymi rękami przeróżne wspaniałe, pseudo-mistyczne głupoty co i rusz milknie, a wtedy z offu odzywa się ten sam, ale posługujący się zupełnie innym rejestrem, głos. Wiersze „Inwokacja” i „We czterech”, uzupełnione „Odą do alkoholu” Bielskiego wyprowadzają ten podejrzany teatrzyk w zupełnie inne przestrzenie. Ożywają napięcia elektryzujące tamto pokolenie – groza niedawno zakończonej wojny, fascynacja nieodwracalnymi przemianami cywilizacyjnymi i dwuznaczność szans przez nie oferowanych, chęć obrony przed rozpuszczeniem w miejskim tłumie, niewiara w pociechę oferowaną przez religię, ale i węch na transcendencję zarazem…

Słuchałem Czechowicza mówionego ot tak, po prostu, znienacka, niby bez koniecznej warstwy patosu i deklamacji, która ma zdaje się być niezbędnym nośnikiem szacunku. Dziwne uczucie, słuchać tych trudnych, nie do końca możliwych do zrozumienia wierszy w zimnych, grubych murach kamienicy Riabininów. W samym sercu mapy mentalnej poety, naprzeciwko kamienicy Arsztajnowej, kilka kroków od klasztoru Dominikanów, gdzie w prawo za rogiem na wprost Wieża Trynitarska, na której to, jak wiadomo, „furgotał blaszany kogucik”, a kawałek ulicą Grodzką w dół Zamek i kaplica gdzie „apokalipsy śniły się smokom”… Słuchałem go na nowo, bez sielsko-anielskiej mgiełki wspomnień i skojarzeń, czasem tak, jak się słucha obcego języka, a czasem – jak szalonych fraz niektórych wizjonerów hip-hopu… Pod warstwą zgrywy, puszenia się, egocentryzmu odsłaniały się ukryte akcenty agnostyckiego zwątpienia, rozpaczy na granicy szaleństwa, a czasem nawet i nadziei. Bardzo to współczesny, bliski, choć trudny Czechowicz, miejski, ironiczny, trochę bezczelny, poeta miejskiego niepokoju, stale wymykający, poszukujący czegoś więcej – inne brzmienie w tak dobrze, nawet aż za dobrze znanych melodiach literackiego Lublina. Ale taki to też był teatr – jednocześnie dość łatwy w przesłaniu i w odbiorze, na granicy banału, wygłupu; a zarazem – zapraszający do głębszego, dłuższego namysłu, do czytania i odkrywania na własną rękę zapomnianych, prowincjonalnych ironistów i mistyków tej dziwnej, zatopionej przez czas epoki Międzywojnia.

Jest nas 22, albo jak zostać hypnotyzerem”, wg broszury Wacława Gralewskiego „Jak zostać hypnotyzerem” i wierszy lubelskiej grupy „Reflektora”
Mateusz Nowak, Ludomir Franczak

Źródło: ZOOM – Lubelski Informator Kulturalny 12/2015