kondrasiuk

„Kamienie w kieszeniach”, czyli aktor odzyskany

Okazało się, że istnieje w Lublinie młoda (nie z racji wieku, chodzi tu o staż) publiczność teatralna, widownia nieprzebrana w studniówkowy garniturek

Ten spektakl jest haustem świeżego powietrza w dawno niewietrzonym pokoju. Po pierwszych kilku, kilkunastu minutach Kamieni w kieszeniach dało się odczuć takie właśnie przemożne wrażenie – ktoś po prostu zrobił to, co zrobić należało, po prostu uchylił okno i spowodował przeciąg. Może nieduży, ale wystarczający, aby wywiać wspomnienia wszystkich wymęczonych teatralnych minut, obrzydzenia i zwątpienia w rację bytu tego wątłego strumyczka sensu, któremu na imię ludzki teatr (czyli teatr dla ludzi). Okazało się, że aktor dramatyczny nie jest ostatecznie tekturową figurą, popychadłem do przestawiania na scenie, deklamatorem niczyich myśli, firmującym wyssane z palca, nadęte, trzeciej świeżości koncepcje Jaśnie Pana Reżysera. Okazało się, że istnieje w Lublinie młoda (nie z racji wieku, chodzi tu o staż) publiczność teatralna, widownia nieprzebrana w studniówkowy garniturek, ludzie, którzy szukają wrażeń, są po ludzku ciekawi, a nie przyprowadzeni zostali „na lekturę” przez panią polonistkę. Okazało się, że czytają bezbłędnie wszystkie sceniczne niuanse. Okazało się, że w Lublinie powstać może dobry spektakl, wbrew zwyczajowej logice, zrobiony głównie dla tzw. „fanu”, kompletnie bez wsparcia wielkich tego światka. No  i wreszcie – okazało się, że został on dostrzeżony i nagrodzony. Dodajmy – oczywiście nie na własnym terenie, tylko na szczecińskim festiwalu Kontrapunkt 2007, gdzie ta, przygotowana w Lublinie polska premiera sztuki Marie Jones zdobyła Grand Prix Przeglądu Teatrów Małych Form, pokonując dzieła rodzimych i niemieckich sław, m. in. Rene Pollescha, Thomasa Ostermeiera, Teatru Pieśń Kozła („Lacrimosa”), Teatru im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy („Personal Jesus” Wojcieszka), czy Teatr Ósmego Dnia („Teczki”).

A zatem – witaj normalności! Halo, halo, Drogi Wielce Kulturalny Lublinie! Jesteśmy w dzisiejszym świecie niskobudżetowych niezależnych produkcji teatralnych, grania w knajpach i klubach, siedzimy przy kawiarnianym stoliku i jest nam tak samo dobrze jak w pluszowym fotelu, a czasem nawet lepiej. Choć przez chwilę, jeden wieczór nie musimy podróżować do najbliższego miasta, żeby zobaczyć aktorów dramatycznych, którzy w chwilach wolnych od zasuwania lepszym lub gorszym litym wierszem narodowym grywają blisko ludzi i najwidoczniej cenią sobie bliski oddech widowni.

Dla zainteresowanych a postronnych (czyli nielubelskich) obserwatorów powyższe żale z lubelskiego podwórka są kompletnie nieistotne i nieczytelne. Tak jak i nasza, głupia może nadzieja, z którą zasiedliśmy do pisania tego tekstu. Nadzieja na to, że Grand Prix szczecińskiego Kontrapunktu dla Kamieni… będzie dla środowiska czymś więcej niż tylko nagrodą. Może wskazówką, może dowodem na to, że czasami cuda się zdarzają i spektakl zrobiony z niczego, czyli z głowy, z dobrego pomysłu, z talentu aktorskiego i reżyserskiego, został na końcu, jak w porządnej bajce, doceniony.

Taki to szczęśliwy przypadek, że najskromniejsze możliwości „sceny” Graffiti stały się trampoliną dla wyobraźni trójki twórców: reżysera Łukasza Witta-Michałowskiego, Bartłomieja Kasprzykowskiego i Szymona Sędrowskiego. Pierwszy z nich (rocznik 1974) to absolwent wrocławskiej PWST, który pierwsze kroki na scenie stawiał w prowadzonym przez Mieczysława Wojtasa przy lubelskim Młodzieżowym Domu Kultury przy ul. Grodzkiej teatrze „Panopticum”, a obecnie aktor zakopiańskiego Teatru im. Witkacego, jednocześnie reżyserujący sztuki w Polsce i w Niemczech (ma na swoim koncie m.in. niemiecką prapremierę sztuki Ingmara Villqista Noc Helvera). Drugi – Bartłomiej Kasprzykowski (rocznik 1977) również absolwent wrocławskiej PWST, znany z roli adwokata Wojciecha Płaski w Magdzie M. (jakby przedstawił go czołowy lubelski recenzent wszelakich wydarzeń kulturalnych), a na codzień aktor jednej z najbardziej szacownych polskich scen – Teatru im. Julisza Słowackiego w Krakowie. Z kolei last but not least Szymon Sędrowski (rocznik 1977), absolwent łódzkiej PWSFTViT, jeden z najbardziej zapracowanych aktorów Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, któremu wcale nie przeszkodziło to w pracy nad arcytrudnymi aktorsko Kamieniami…

Dzięki współpracy tych trzech twórców na otoczonej trzema ścianami estradce niedużego klubu rockowego powstał spektakl wielowymiarowy, niejako z konieczności odarty z większości scenicznych „wspomagaczy”, rozgrywany na wielu płaszczyznach subtelności. Urodzona w 1951 roku irlandzka dramatopisarka Marie Jones napisała tekst dla dwóch aktorów grających ponad trzydzieści ról jednocześnie. Pozornie tematem są perypetie przyjezdnej ekipy filmowców w Irlandii (topowej gwiazdy, reżysera z „najwyższej półki”, bezwzględnego kierownika planu, asystentki) z grupą miejscowych statystów z pobliskiego miasteczka. W ten sposób opowieść otrzymała metateatralne piętro, stała się równolegle prowadzoną, fascynującą grą przeistoczeń, żonglerką rolami społecznymi, koncertem na dwóch aktorów i kilkadziesiąt postaci. Przemiany na początku dyskretnie, za zasłoną scenografii, stopniowo nabierają przyspieszenia, odbywają się bezwstydnie, na oczach publiczności. Ekwilibrystyka, więcej – alchemia zostaje obnażona, i nic nie traci ze swej tajemnicy. Kiedy dwaj transowi magicy, w zapamiętaniu nie tracąc precyzji grania prowadzą nas ku finałowi, przewrotnemu morałowi o tym, że „wystarczy chcieć” możemy sobie dośpiewać także i myśl taką, że w spotęgowanej do granic możliwości fikcji czai się mało wygodna prawda.

Ciężar Kamieni w kieszeniach nie wynika bowiem wyłącznie z udanego przeprowadzenia widza przez metateatralny gąszcz kolejnych pięter fikcji. Bo niby oglądamy sztukę wesołą, ale w miarę rozwoju wydarzeń coraz bardziej „ogromnie przez to smutną”, że z okazji roku Wyspiańskiego posłużę się tą mocno ostatnio nadużywaną wieszczą frazą. Wprowadzająca ton serio w początkową bufonadę samobójcza śmierć jednego ze statystów nie jest bowiem wbrew temu co napisał Janusz R. Kowalczyk w „Rzeczpospolitej” „estetycznym zgrzytem”, ale mocnym sygnałem, że nie tylko o zabawę tu chodzi, że istotą tej gry jest „boska ironiczna wszechstronność”, o której pisał przed niemal stu laty Tadeusz Rittner szukając nowoczesnej definicji komedii.

Jones zderza w swej sztuce świat marzeń bohaterów z zapadłej irlandzkiej prowincji ze światem marzeń made in Hollywood i bez ironii, bez dystansu zrodzonego z metateatralnej zabawy powstałaby sztuka mdła, w najlepszym razie wzruszająca. Kamienie… jednak takie nie są, wbrew opiniom „wziętego reżysera”, że ich projekt „się nie sprzeda”, że brak w ich scenariuszu wątku romansowego (tu przypominają się słowa Kazimierza Kutza, który na propozycję wprowadzenia do opowiadającego o śmierci górników w Kopalni „Wujek” filmu Śmierć jak kromka chleba wątku miłosnego odpowiedział, że jedynym erotycznym motywem, jaki przewiduje, będą słowa górników skierowane do ZOMO-wców „pocałujcie nas w d…”) oni pełni zapału przystępują do realizacji filmu o koledze-samobójcy, a że klamrą spinającą ich wyśniony film ma być kadr z… krową, to już inna historia. „Ironiczność”, by była „boska”, musi bowiem być „wszechstronna”, by raz jeszcze przywołać Rittnera.

Oglądając przedstawienie Witta-Michałowskiego nie sposób pozbyć się wrażenia, że tytułowe kamienie zalegają kieszenie wielu z nas. Wyposażeni w marzenia atrakcyjne i modne niczym krowy czy przenośne toalety (z których składa się cała scenografia w spektaklu) zderzamy się ze światem pędzącej (oczywiście w zwolnionym tempie…) po ulicach kolorowej środkowoeuropejskiej metropolii Magdy M. czy innej tam Judyty. I jedynie wrażliwość, twórcza wyobraźnia pozwoli zamienić kanalizacyjne rury, toi-toie i inny sanitarny ekwipunek w skuteczną (czego dowodzi Grand Prix na Kontrapunkcie) broń przeciw mizdrzącej się zewsząd komercyjnej fikcji i (co trzeba również przypomnieć) nijakości innych teatralnych ofert Lublina.

Reżyser Łukasz Witt-Michałowski dumnie dzierży statuetkę otrzymaną na festiwalu Kontrapunkt, klub Graffiti, Lublin 2006, koloryzowane, fot. Grzegorz Kondrasiuk

Marie Jones, „Kamienie w kieszeniach”
reżyseria: Łukasz Witt-Michałowski
występują: Bartłomiej Kasprzykowski, Szymon Sędrowski
Lublin, Scena Graffiti, premiera: 18.09.2006 r.

Jarosław Cymerman, Grzegorz Kondrasiuk
Źródło: „Kresy” 2007, nr 3