kondrasiuk

Krótki kurs prekariatu na dwa pokoje, łazienkę i oparcie od kanapy

Czasy mamy nielekkie. Ale nie pękajmy, gdy przyjdzie nam kilkanaście razy dziennie sprawdzać konto bankowe w oczekiwaniu na przelew, tylko szukajmy własnych, sprytnych sposobów. Jeśli w systemie brakuje swobodnych, dostępnych pieniędzy, a dotychczasowe metody przetrwania się nie sprawdzają, potrzebne są nowe źródła i nowe metody. Bo nie wiadomo kiedy obudziliśmy się w świecie, w którym inaczej niż dotychczas trzeba „dawać sobie radę”, poszukać własnych odpowiedzi.

Naprzeciwko pięknie odnowionego za unijne fundusze teatru, w zapyziałych dwóch pokoikach na Starym Mieście mieszkają sobie Zbyszek i Kornelia, bezetatowi aktorzy. Ona wybiera się na kolejny casting, on, nieco ponury, wertuje „Fausta”. Ona raczej już nie ma perspektyw na pierwszą amantkę, on ma problem ze zbyt niskim poziomem konformizmu. Razem wolą marzyć o przyszłych rolach, przymierzać kostiumy zakupione w szmateksie, niż pamiętać o niskiej pozycji symbolicznej i ekonomicznej oraz braku perspektyw. Czy są skazani na umowy śmieciowe, złudzenia i ucieczkowe egzaltacje? A może, skoro równolegle do oficjalnego rynku sztuki istnieje rynek drugi (wymiany i ukrytej ekonomii) można udzielić własnej odpowiedzi na deficyt autentyczności, nawet nie przeciwko systemowi, ale obok niego? „Dać sobie radę”, kiedy ani wolny rynek, ani państwo, ani samorząd się nie sprawdzają, szczególnie we wrażliwych, łatwych do zarżnięcia sektorach – dajmy na to, w kulturze – które pozbawione wsparcia jałowieją albo komercyjnieją w przyspieszonym tempie. Stworzyć, zamiast kolejnego chińskiego substytutu, kawałek dobrego, intensywnego, czujnego i inteligentnie zagranego teatru – i wystawić go na rynek?

Źródło: lewicka.org

Przygaszeni to przedziwna satyra liryczno-ekonomiczna, gdzie migotliwie splatają się fikcja i rzeczywistość, wielka literatura i „teatr ogromny” – ze skrzeczącą rzeczywistością kultury w czasach kryzysu. Teatr dla trzydziestu osób, ze względu na warunki lokalowe grany bardzo blisko widza, stworzony przez trójkę desperatów w prywatnej galerii Piękno Panie, za budżet wielkości tysiąca siedmiuset złotych, w cenie piętnaście złotych od łebka (żadnych studenckich zniżek). W cenie – spora dawka prywatności, nabijanie się z postaci lokalnego establishmentu oraz z samych siebie, improwizowane wstawki o tym, o czym się mówi „na mieście”, i odrobinka poetyckiej tajemnicy pożyczona od Goethego. Przez dobre półtorej godziny (spektakl toczy się w czasie realnym), twórcy umiejętnie prowadzą widownię przez zdawałoby się banalną sytuację dwojga zdesperowanych i zakochanych, uzależnionych od siebie artystów. Starszy i dominujący w związku Zbyszek wydaje się być panem sytuacji, kreując się na Fausta. Kornelia, która marzy o roli Małgorzaty, pozornie spełnia narzucony przez klasyka scenariusz…

Ale jest w tej sztuce, stworzonej kolektywnie przez Katarzynę Tadeusz i Dariusza Jeża wraz z reżyserką Joanną Lewicką, coś więcej niż tylko śmieszne, ale krótkotrwałe aluzje do aktualnych medialnych afer. Gdzieś w tle pobrzmiewa dyskusja nad ekonomicznym i ideologicznym zniewoleniem sztuki, przywołana wraz z cytatem z gorzkiego artykułu Artura Pałygi, poruszającego temat relacji teatrów i ich mecenasów. Przede wszystkim jednak – za lekko karykaturalnym rysunkiem postaci – małego, domowego geniusza oraz wpatrzonej w niego, egzaltowanej artystki kryje się dojrzałe, bezkompromisowe spojrzenie pełne autoironii. Dwukrotnie dzwoni w tej sztuce telefon – mamy podstawy myśleć, że z intratnymi propozycjami, ale Kornelia i Zbyszek nawzajem chronią się przed ścieżką, którą oferuje jakiś bezimienny producent. Mogliby więc znaczyć coś więcej, chociażby za cenę płomiennych podziękowań dla dyrektora, wspólnie pisanych dla koleżanki na początku spektaklu. Więc – ci akurat artyści chcą raczej realizować własne, a nie cudze marzenia… Prekariusze, ci niewolnicy „śmieciówek”, czasem mają wybór i przepisują po swojemu znane, stare klasyczne i nowe korporacyjne, fabuły – zdaje się mówić ta historia. Czy wiara w utopię sztuki, w każdą inną utopię, tworzenie własnych, prywatnych enklaw, które dają wytchnienie wobec oblewających nas każdego dnia oceanów wolnorynkowego cynizmu, nie jest przypadkiem wzięciem pełnej odpowiedzialności za życie swoje i swoich bliskich?

„Lubelski Informator Kulturalny ZOOM” nr 7 / 2013