kondrasiuk

Moja Ukraina 2026 – widok cudzego cierpienia

Opatrzyła nam się ta ukraińska wojna, prawda?

1.
Im dłużej trwa rosyjska inwazja na Ukrainę, tym częściej przypominam sobie niewielką książeczkę, Widok cudzego cierpienia. Susan Sontag napisała kontynuację słynnego eseju O fotografii, wychodząc od tematu korespondentów wojennych i fotograficznych obrazów śmierci. Obie te książki jakoś nie mogą się zestarzeć, a nawet – w świecie sterowanym przez media społecznościowe, po eksplozji komunikacji wizualnej – jeszcze bardziej nabrały aktualności.

A poza tym – tak, Sontag bardzo się przydaje do trzeźwej oceny sytuacji w Polsce w roku 2026, do uchwycenia naszego usytuowania – nie geograficznego, ale mentalnego – wobec Ukrainy. Trwa tam (już rok czwarty, a może dwunasty?) wojna najbliższa nam, ale przecież równie daleka, jak każda inna. Książeczka zaczyna się od pytania: „Co z nami robią fotograficzne rejestracje cierpienia?”, ale tylko po to, by przejść do stwierdzeń w stylu „gdy chodzi o oglądanie cudzego cierpienia, żadnego my nie wolno uznawać za oczywiste”. Nie uciekniemy od owego oczywistego „my”, czyli od zbiorowości, do której obecnie zaliczają się Polacy, ludzie mieszkający po tej stronie granicy, gdzie nie przylatują drony i rakiety. Sontag także nie wyzwala się od „my”, kończy w liczbie mnogiej: „Naprawdę nie potrafimy sobie wyobrazić, jak to było. Nie potrafimy sobie wyobrazić, jak potworna, jak przerażająca jest wojna; ani jak normalna się staje. Nie potrafimy zrozumieć, nie potrafimy sobie wyobrazić”.

Przede wszystkim jednak Widok cudzego cierpienia może „nas” odpowiednio przygotować do odbioru najnowszej sztuki wojennej. Sontag analizuje oddziaływanie obrazów wojny, z całą ich bezpośredniością i natychmiastową siłą rażenia. Przypomina, że akt spojrzenia przebiega w bezpiecznym dystansie, i dlatego zachęca do ostrożności w kontakcie ze sztuką wizualną wywiedzioną z cierpienia.

Obrazy szczególnie przydają się wojennej propagandzie, bo są natychmiastowe i sugestywne, łatwo nimi manipulować, ramować je i kadrować, pozbawiać kontekstu. Ich pokazywanie i oglądanie zawsze odbywa się w jakiejś sprawie, jest przepuszczone przez społeczne i osobiste filtry. Amerykańska eseistka opisuje też, jak łatwo ulegamy złudzeniu bezinteresowności i szlachetności aktu spojrzenia na wojenne obrazy, bo przecież patrzymy na ofiary ze współczuciem.

„Coś się moralnie nie zgadza z abstraktem rzeczywistości oferowanym przez fotografię; że nie mamy prawa przeżywać cudzego cierpienia z oddali, wyzutego ze swej surowej mocy” – pisze Sontag. Choć przecież ciągle o fotografii, to także i o ciekawości, która wraz z naturalnym, ludzkim odruchem empatii, ciagle skłania do sięgania po wszelkiego rodzaju aktualne, wojenne dzieła. Widoki te mają swój hipnotyczny urok, poddajemy się mu, ignorując wspomniane poczucie niewygody. Ale nadmiar obecnych w przestrzeni publicznej czy medialnej widoków cudzego cierpienia prowadzi w końcu do zobojętnienia. „Zdjęcia ilustrujące najpoważniejsze i najbardziej rozdzierające tematy […] dzielą los wszystkich zawieszonych na ścianie albo postawionych na podłodze dzieł sztuki w przestrzeni publicznej, […] stają się stacjami na trasie – zwykle towarzyskiej – przechadzki”.

Opatrzyła nam się ta ukraińska wojna, prawda?

2.
Dwa przedstawienia, na zamknięcie i otwarcie dyrekcji Teatru Narodowego, dwa jakże różne style teatralne – neoklasyka i „skrecze mentalne”. Pomiędzy ustępującym Janem Englertem i przychodzącym Janem Klatą nastąpiła wymiana pokoleniowa. Coś jednak ich łączy – obaj wykonali podobny gest przejęcia i wykorzystania świeżych, wojennych obrazów.

Całość tekstu – na stronach „Raptularza”