kondrasiuk

Orwell i mięsożercy

Klata przyjechał do Katowic ze wszystkimi swoimi zabawkami. Użyte do jednozdaniowej i bałamutnej interpretacji zmieniły ironistę w aktywistę

Orwell – jak to Orwell – mówi z sensem, ale reżyser Jan Klata, powtarzając za nim, nudzi i banalizuje. A wszystko to w „Folwarku zwierzęcym”, przygotowanym z biglem i rozmachem przez katowicki Teatr Śląski

Klata to pierwsza liga, nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Czyli marka, pewniak. Wciąż pamiętane są jego pierwsze duże realizacje: Gogolowski „Rewizor” przeniesiony w realia PRL, „… córka Fizdejki”, szydera z akcesji do Unii Europejskiej na motywach z Witkacego, „H.”, czyli „Hamlet”, grany w Stoczni Gdańskiej. Swoje spostrzeżenia Klata wypowiada w stylu nieco wideoklipowym, a swój sposób budowania scen nazywa „skreczami mentalnymi”. Wiele scen wymyśla, dopisuje autorom sensy, stawia na wizualne skróty, ostre zestawienia, niedopowiedzenia. Do tego z politycznego, agitacyjnego nudziarstwa wyróżnia się celnym dowcipem i zmysłem prowokacji. Klata jest naczelnym ironistą polskiego teatru. Ostatnie lata Jana Klaty to dyrekcja w Narodowym Starym Teatrze, zakończona znienacka przez ministra Glińskiego w roku 2017. Od tego czasu prowadzi żywot reżysera wędrownego, tęsknie zerkając na Stary Teatr (który po wyborach dostał się bardziej postępowemu duetowi Jakub Skrzywanek – Dorota Ignatjew). W ostatnich sezonach zrealizował kilka dużych widowisk, mierząc się głównie z tekstami kanonicznymi, takimi jak „Sen nocy letniej”, „Wyzwolenie” czy… „Państwo” Platona. A także – z „Folwarkiem zwierzęcym”. Efekt zaprzecza właściwie wszystkim napisanym powyżej superlatywom. Spektakl, który jest pierwszą realizacją Klaty na scenie Teatru Śląskiego, sprawia przykre wrażenie pomysłu repertuarowego obliczonego na „odbębnienie” lektury licealnej. Reżyser postawił na niemal dosłowne przeniesienie tekstu na scenę, co poskutkowało konwencją groteskowej bajki dla dorosłych. Aktorzy grają zatem zwierzęta, w zwierzęcych kostiumach – co jest, trzeba przyznać, przeprowadzone z żelazną konsekwencją i profesjonalizmem. Wspierani pomysłowymi, uciekającymi od dosłowności kostiumami odnaleźli własne drogi do zwierzęcości, które nie trąciłyby kiepskim teatrzykiem dziecięcym.

A zatem pełni zdumienia nad aktualnością dzieła zagłębiamy się w Orwellowską powiastkę, scena po scenie odświeżając sobie jej lekturę. Jedynych sugestii interpretacyjnych dostarcza główny pomysł scenograficzny. Większość scenicznego tła zakrywa mur stylizowany na jerozolimską Ścianę Płaczu, jest też playlista, czyli utwory różnych zespołów i wykonawców, użyte, jak to u Klaty, jako komentarze do akcji. Jeśli chodzi o niżej podpisanego – to nie wystarczyło tego do wyłapania reżyserskich intencji. Może nie dość wsłuchiwałem się np. w użyty jako klamra utwór Moondoga – „Enough about Human Rights”? Do końca byłem przekonany, że Klata schował się za plecami autora, i nawet mi to nie przeszkadzało. Zostałem oświecony dopiero po lekturze programu. Otóż – chodzi tu o wegetarianizm. Jeden z punktów wolnościowego kodeksu, spisanego przez zwierzęta tuż po obaleniu ludzkiej władzy, głosił, że w sprawiedliwym świecie zwierzę nie może jeść innych zwierząt. U Klaty stał się on punktem głównym, Ściana Płaczu to odpowiednik wydrukowanych w programie manifestów sięgających do porównań w stylu: „Transport. Rampa. Komora gazowa. Dlaczego porównanie cierpienia zwierząt i ludzi ma być degradujące dla tych drugich? I nobilitujące dla pierwszych?”. Nie chodzi o ten czy inny system polityczny, o trudności z wprowadzeniem porewolucyjnego równościowego systemu. Równe są zwierzęta, ale jako ofiary fundamentalnego, ludzkiego porządku opartego na mięsożerstwie.

Klata przyjechał do Katowic ze wszystkimi swoimi zabawkami, jak zawsze efektownymi, ale użyte do jednozdaniowej i bałamutnej interpretacji zamieniły się one w zwykłe efekciarstwo, przy okazji zmieniając ironistę w aktywistę. Reżyser posługuje się dynamicznym montażem, podbitym mocną muzyką, miesza sceny komediowe z teatrem okrucieństwa. Ale dopiero korzystając z podpowiedzi pozateatralnej, już wiemy, jak zinterpretować mamy jedyną dopisaną przez reżysera scenę, w której zza kulis wychodzą wciąż nowi i nowi statyści, a metaforycznie uśmierceni przez jednego z dyktatorskich prosiaków gestem sugerującym poderżnięcie gardła, padają na coraz to większy stos trupów.
Mocna rzecz, zważywszy na panujące w świecie zwierząt, dość dalekie od wegetarianizmu zwyczaje.

„Folwark zwierzęcy” George’a Orwella w reż. Jana Klaty z Teatru Śląskiego im. S. Wyspiańskiego w Katowicach.
Pokaz na 29. Festiwalu Konfrontacje Teatralne w Lublinie.

Źródło: „Do Rzeczy” 2024 nr 44