kondrasiuk

Swinarski biograficznie

Dzięki biografistyce oraz wydawanej masowo w ostatnich latach literaturze reporterskiej odsłaniają się mniej rozpoznane momenty historii i kultury polskiej. Co jakiś czas wychodzą tu książki znaczące, kolejne tomy z dziejów naszej komedii ludzkiej. Do takich z pewnością należy „Swinarski. Biografia ukryta” Beaty Guczalskiej. Ma ona potencjał na bestseller, w czym przeszkadza jedynie to, że teatr niewielu dziś obchodzi i się „nie sprzedaje”, a życie reżyserów pracujących po drugiej wojnie, choćby i nawet byli największymi gwiazdami – jeszcze mniej. Tymczasem koleje losu Konrada Swinarskiego, pomijając już jego spektakle (uznawane ze genialne), wykraczają daleko poza opowieści i anegdoty z teatralnego światka.

Narracja Guczalskiej jest rzeczowa, dążąca do obiektywizmu. Biografistka stara się nie ujawniać stosunku do bohatera, nie ulegać ani fascynacji, ani odrazie, choć przecież postać Swinarskiego, odsłonięta dzięki jej wnikliwości (i dostępowi do prywatnych archiwów), właściwie zmusza do opowiedzenia się za jedną z tych skrajności. Fakty wraz z dokumentami i świadectwami (w wielu przypadkach są one szerzej nieznane) składają się na dramatyczny i niespójny życiorys. Wyrastał w dwujęzycznej, śląskiej rodzinie, a jego matka, wdowa po polskim wojskowym, podpisała w czasie drugiej wojny światowej volkslistę. „Jest raczej pewne” – stwierdza autorka – że Konrad chodził do gimnazjum z najstarszym synem Hansa Franka, że „przynajmniej formalnie” należał do Hitlerjugend. Od nastolatka był sierotą (matka umarła w powojennym obozie w Mysłowicach na tyfus, starszy brat zginął na froncie jako żołnierz Waffen-SS), marzył o wyjeździe do rodziny w Niemczech, aż w końcu trafił do Berlina Wschodniego, do teatru Bertolda Brechta. W konsekwencji przez całe życie Swinarski milczał o swojej przeszłości, kluczył, kłamał i ukrywał tego rodzaju fakty. Stereotypowa, ale prawdziwa jest więc opinia, że składnikiem jego talentu (po sukcesie „Marata/Sade’a” Petera Weissa w Berlinie Zachodnim w 1964 r. okrzyknięto go najzdolniejszym młodym i europejskim reżyserem) były jego dwujęzyczność i różnego rodzaju problemy z tożsamością. Osobny, bogaty wątek książki wyznacza tło obyczajowe i polityczne. Brakuje akt reżysera w IPN, co wskazuje na ingerencję służb (Guczalska wydobywa jego dziwną, bliską przyjaźń z pewnym funkcjonariuszem, dokładnie opisuje życiorys żony, Barbary Witek, również współpracującej z „organami”, z którą Swinarski był w otwartym związku).

Dzieje się więc tu aż nazbyt wiele w każdym z rozdziałów, gruby, 800-stronicowy tom czyta się błyskawicznie. Właściwie to gotowy materiał na serial dla którejś z filmowych platform. Jest tu wszystko, co lubi taki gatunek: wielka i mała historia, zwroty akcji, kontrasty i nieprzystające do siebie światy, Polska i świat, wątki obyczajowe i sensacyjne. Mógłby zaczynać się np. tak: Berlin Zachodni, Tempelhof, 1964 r. Przystojny, wysoki mężczyzna w płaszczu wysiada z samolotu, w obu rękach trzyma przenośne klatki. Wiezie koty dla znajomych, z rozrastającej się nadmiernie kolonii w jego wiejskim domu. Inne sceny: wielki europejski teatr, owacje podczas premiery, reżyser w ataku paniki zamyka się w łazience. I krakowski szpital psychiatryczny, kierownik techniczny odwiedza Swinarskiego, by omówić sceny z powstających właśnie „Dziadów”, w tym tą z samobójczym skokiem Rolissona przez okno, wychodzące na plac Szczepański. Ten film mógłby kończyć się następująco: rok 1975, Swinarski siedzi na walizkach, w oczekiwaniu na wizę. Potem, w ostatniej chwili, po szaleńczej jeździe przez czerwone światła, wpada na Okęcie. Samolot czeka już tylko na niego… Napisy końcowe: katastrofa lotnicza pod Damaszkiem, zdanie z wywiadu, „najlepiej czuję się w samolocie – kiedy jestem »nigdzie«”, i słowa wypowiedziane niecałe dwa miesiące wcześniej w dyskusji redakcyjnej: „Wylecieć w powietrze, żeby nic nie zostało”.

A jednak zostało. Zrozumienie Swinarskiego wiele wnosi do rozumienia współczesnego polskiego teatru, widzianego w perspektywie długiego trwania. Był prekursorem, jako ironista, brutalista, teatralny dekonstruktor romantycznej spuścizny, ale też reżyser jak nikt umiejący pracować z grupą zaufanych (i rozkochanych w nim) aktorów: „To, na co chciał otworzyć teatr Swinarski, zrealizowali 30 lat później […] Grzegorz Jarzyna, Krzysztof Warlikowski, Małgorzata Szcześniak, Magdalena Cielecka, Jacek Poniedziałek, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik […]. Podążali, niekoniecznie świadomie, drogą, którą zarysował Swinarski, wchodzili za uchylone przez niego drzwi.”

Beata Guczalska, „Swinarski. Biografia ukryta”, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2025.

Pierwodruk: „Do Rzeczy” 2025, nr 36