Wrocławski Teatr Pantomimy wystawił adaptację holenderskiej powieści „Niepokój przychodzi o zmierzchu” Marieke Lucasa Rijnevelda. Wyreżyserowany przez Małgorzatę Wdowik spektakl o tym samym tytule powstał według sprawdzonej recepty.
Oto ona: wertujemy listy książek nagrodzonych ostatnio prestiżową nagrodą (w tym przypadku Booker), zadając sobie pytanie, czy nie ma tam przypadkiem czegoś zbieżnego z gustami i przyzwyczajeniami koryfeuszy polskiego życia teatralnego.
A więc koniecznie – trauma. Polski teatr od dekad zajmuje się głównie wykrywaniem i rozpoznawaniem traum, jest empatyczny do bólu i na tysiąc procent.
Traumy są już świetnie rozpoznane, a że wspomniani koryfeusze lubią te piosenki, które już dobrze znają, to na pewno zechcą pokazać na swym festiwalu spektakl, który rozpoznaje traumę na nowo i jeszcze raz.
I tak oto mamy „Niepokój…”, spektakl o wrażliwości jednostki. Do jego uruchomienia przydaje się figura dorastającego dziecka, istoty kruchej, wyposażonej w nadświadomość, usytuowanej poza społeczeństwem. Wystarczy osadzić narratorkę – jej oczami patrzymy i tylko ona ma prawo do głębokiego, egzystencjalnego odczuwania rzeczywistości – w nieprzyjaznym środowisku, gdzie wszyscy, poza nią, są skrzywieni i skłonni do przemocy. Rodzina i wiejska mikro-społeczność (w tym przypadku obrywa się holenderskim rolnikom) jest terenem przeróżnych patologii, a na zasadzie pars pro toto służy jako model świata.

Dzięki temu mamy odhaczoną obowiązkową rozprawę z konserwatywnym światopoglądem i ocenę historycznych systemów społecznych jako opresyjnych sal tortur. Świat ten jest ułomny i w warstwie eschatologicznej. Nie ma tu nadziei, los potrafi sprowadzać tylko śmierć. Powieściową i spektaklową historię uruchamia krótka historia o randze przypowieści. Dziewczynka przed Wigilią dowiaduje się, że ojciec zamierza zabić jej ukochanego królika, modli się, żeby zamiast zwierzątka Bóg zabrał jej brata – i oto brat tonie w pobliskim jeziorze.
Bohaterka, przepełniona poczuciem winy, zakłada obszerną zimową kurtkę, której od tej pory już nie zdejmie, i ucieka w surrealny świat fantazji. Teatr potrafi, a nawet bardzo lubi takie miejsca wytwarzać: stąd przez cały spektakl jako scenografia (autorstwa Jana Baszaka) na scenie obecne są znakomite, ekspresyjne zwierzęce rzeźby, dlatego nad nią dominuje, opuszcza się i zagraża przypominająca głaz forma, a jeden z aktorów, wyposażony w króliczą głowę, stale towarzyszy bohaterce. Tymczasem okazuje się, że ten mikroświat nie chroni w żaden sposób swoich mieszkańców przed niezawinionym okrucieństwem losu. Ojciec próbuje się schronić za zasłoną wiary i jej obrządków (oczywiście martwych i niepotrzebnych), matka wpada w depresję, głodzi się, mechanicznie wykonując domowe obowiązki. Pozostały przy życiu drugi brat molestuje seksualnie dziewczynkę i jej siostrę, także ojciec, tak jak zostało to zasugerowane w jednej ze scen, nie jest wolny od dewiacji. Tymczasem wiejski weterynarz wykazuje wyraźne skłonności pedofilskie… I tak dalej.
Walcząc o resztki życia, matka bohaterki, powtarza frazę: „Chcę umrzeć, mnie nic innego nie potrzeba” i bezskutecznie odkurza scenę ze zwałów sztucznego śniegu. Jest zima egzystencjalna, więc musi być zimno, ergo pokryjmy cały ten świat bielą – i taki jest właśnie problem z zastosowanym tutaj stylem kreowania świata. Duża reżyseria maszynerii scenicznej, piękna scenografia i mocne efekty sceniczne nie wystarczą. Nie pomoże też sięganie po najmocniejsze, dotykalne tematy – jak śmierć, kazirodztwo, molestowanie – w nadmiernej ambicji wstrząśnięcia widzem. A także schematyczna i tautologiczna struktura dramaturgiczna, natychmiastowe zużywanie mocnych efektów (jak obecność dziecka w tak drastycznym treściowo spektaklu), powtarzanych w kółko tych samych chwytów i rytmów, sceny realistyczne przeplatane onirycznymi, a głośne – cichymi, gdzie po crescendo ambientowej, lodowatej oczywiście muzyki uzupełnionej obowiązkowymi wrzaskami aktorów następuje cisza.
Poczucie znużenia już po kilkunastu scenach – gwarantowane. W wyborze świata bez wartości, obsesji cielesnej w i braku chęci poszukiwania przeciwwagi dla nicości spektakl Wdowik przypomina teatr Mai Kleczewskiej. Z kolei w efekciarstwie i naiwności reżyserka idzie równolegle z Jakubem Skrzywankiem: oboje proponują mało nośne intelektualnie, za to nasycone emocjami meldunki o tym, że świat nie spełnia ludzkich oczekiwań. I mają wzięcie u kuratorów, dyrektorów, krytyków.
„Niepokój…” osiągnął sukces, o ile jego wyznacznikiem są mobilność, wejście spektaklu w obieg festiwalowy i lista pochwalnych recenzji (tylko takie skwapliwie kolekcjonuje strona teatru). Życie w teatrach publicznych dzieli się bowiem na stacjonarne i mobilne. Ofertę stacjonarną zabezpieczają teatry miejskie i przeróżne inne, a ogólnopolski obieg – festiwale. Każde większe miasto ma ambicję organizowania co najmniej jednego festiwalu, co w zamyśle, skądinąd słusznym, ma zapewniać przebijanie się perełek danego sezonu, promowanie talentów. Mówiąc metaforycznie – festiwale zapewniają krwiobieg, niezbędny do zdrowego funkcjonowania organizmu. A teraz zagadka: jeśli organizm jest chory, to jakie jest jego krążenie?
„Niepokój przychodzi o zmierzchu” wg powieści Marieke Lucasa Rijnevelda – Wrocławski Teatr Pantomimy
reż. Małgorzata Wdowik
Źródło: „Do Rzeczy” 2025, nr 44