Teatr w telewizyjnej „jedynce”, w najlepszym czasie antenowym, „j.bie PiS” jak się patrzy. Wspólnotowe solidarnie i kabaretowo. Ach, te emocje i kontrowersje sprzed trzech lat – bo tyle liczy sobie premiera kieleckiego teatru przeniesiona na telewizyjny ekran przez dyrektora Teatru Telewizji i, w jednej osobie, szefa kieleckiej sceny
Teatr Telewizji pod wodzą dyrektora Michała Kotańskiego jest w napędzie, miesiąc w miesiąc pokazuje dwie, trzy premiery. W dodatku Kotański miesiąc temu o włos przegrał z Janem Klatą konkurs na dyrektora Teatru Narodowego. Zadecydował jeden głos oraz – jeśli wierzyć tzw. dobrze poinformowanym – brak wsparcia minister kultury i dziedzictwa narodowego Hanny Wróblewskiej.

Największą – jeśli chodzi o widownię i zasięg – polską sceną teatralną Michał Kotański kieruje od stycznia roku 2024. Jego styl i sposób myślenia można poznać, oglądając spektakle przeniesione na ekran wprost z kierowanego przez siebie równolegle kieleckiego Teatru im. Stefana Żeromskiego. Na pierwszy ogień poszła artystycznie udana realizacja książki Mateusza Pakuły -głos na rzecz wprowadzenia w Polsce eutanazji. A w styczniu 2025 r., w prime timie, na antenie Programu 1 (a nie w niszowej Kulturze), telewizyjną premierę miał spektakl „Ale z naszymi umarłymi” według prozy Jacka Dehnela – wyprodukowany z dużym zaangażowaniem, właściwie już jako rodzaj filmu teatralnego.
Tytuł wzięty z Marii Janion, choć tekst i spektakl trafniej określa inny lotny cytat z tej autorki – „Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu” – z roku 2016, z listu na Kongres Kultury: „Mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski”. Fabuła, oparta na popkulturowych kliszach, opowiada historię o inwazji zombie na ojczyznę rządzoną przez konserwatywny i katolicki reżim. Rząd jej sprzyja – najpierw po cichu, a potem jawnie – kult żywych trupów zmieniając w oficjalne ideologię, dlatego że zagrażają one jedynie obcokrajowcom, a w dodatku zaczynają podbijać ościenne kraje. Zresztą twórcy spektaklu fabułę jedynie naszkicowali, w luźno zszytej serii scen przepisanej przez adaptatora na galerię groteskowych postaci. Akcja dostarcza pretekstu do zagrania w rytmie postpunkowych piosenek serii scen, sprowadzających się do tzw. beki, szyderstw z ludu polskiego („Ja mam żonę, działkę, słoiki”) i z „katoli”. Trupy (czyli potraktowana en bloc „konserwa”, tak jak ją widzi Jacek Dehnel) szkodzą ludzkości zamieszkującej „tenkraj” zatruwają percepcję, uniemożliwiają wyjście na wolność, na światło – o nic więcej, zdaje się, w tym teatrze nie chodzi.
Równoprawnymi bohaterami spektaklu są telewizja publiczna za rządów PiS i stosowany tam język propagandy. Dehnel z dramaturgiem Kmiecikiem sporządzili wypisy z głupoty polskiej, tej „prawicowej” oczywiście, więc wyższościowego humoru mamy tu co niemiara. Do tego cytaty z Jana Pawła II, parodie modlitw i Mszy św., wprost podane albo przeinaczone cytaty z Biblii i z „Roty”, profanacja Golgoty, trzy krzyże na ścianie za widownią, która jest przestrzenią gry – i mamy to. Wszystko sprawnie, profesjonalnie podane, bo reżyser Marcin Liber to rzemiecha co się zowie. Aktorzy kieleccy również, zresztą pewnie lubią występy w odjazdowych kostiumach i makijażach. Ciekawe, czy warunkiem znalezienia się w obsadzie był test na odpowiednio zaangażowane „j.banie PiS” i ze znajomości ostatniego numeru „Nie”?
Bardzo to charakterystyczny przykład etatowego teatru politycznego: uprawiany w państwowej telewizji teatr krytyczny koncesjonowany, odczłowieczający za publiczne pieniądze pokaźną część społeczeństwa. Ot, taka teatralna wersja kabaretu Neo-Nówka. PiS takiego teatru – to trzeba przyznać – nie wytworzył, pozostając na etapie Studia Yayo. Spektakl z Kielc to też teatralna pamiątka po końcówce rządów Mateusza Morawieckiego. W całej Polsce powstawały produkcyjniaki robione tak, jakby PiS miał rządzić zawsze, a okopani w instytucjach artyści ze swoich twierdz mieli przywilej głoszenia prawd objawionych. Równościowe ideały nie obejmowały inaczej myślących i głosujących zombie (wszak żywe trupy mają martwe mózgi), a częścią dogmatu, oprócz ojkofobii, była pogarda dla motłochu, który zagłosował wbrew oczekiwaniom.
Pytanie, co z tak robionego teatru, poza poczuciem zażenowania, zostało w Polsce po zwycięstwie Koalicji Obywatelskiej, która w prostackiej telewizyjnej propagandzie ściga się z poprzednikami i która na potrzeby kampanii politycznej przejęła część konserwatywnej narracji. Telewizja Polska znalazła na nie odpowiedź – należy te cuda udokumentować dla potomności na vod.tvp.pl.
„Ale z naszymi umarłymi” Jacka Dehnela w reż. Marcina Libera w Teatrze Telewizji.
Źródło: „Do Rzeczy” nr 14 / 2025